|
Tylko dla orłów
Niedługo ferie. Zaraz potem rodzice i sami uczniowie zaczną się rozglądać. Do jakiej szkoły po gimnazjum? Czy tej w pobliżu domu, czy na końcu miasta, bo wszyscy mówią, że jest najlepsza? Od niedawna modne stało się publikowanie rankingów najlepszych polskich szkół (przede wszystkim liceów). Wielu rodziców, bezwzględnie wierząc słowu pisanemu, tam właśnie chce wysłać swoje dzieci. Czy słusznie?
O opinię o rankingach poprosiliśmy specjalistę w dziedzinie oświaty, który przez lata prowadził różne placówki. Z różnych względów prosił o zachowanie anonimowości, co jednak w niczym nie zmniejsza wagi jego słów. Warto się chyba nad tym zastanowić, zanim przystąpimy do szaleńczego pędu poszukiwań. - Moda na rankingi wzięła się z konieczności przeprowadzania zewnętrznej oceny szkół, obowiązkowej po reformie oświaty. Chodzi o to, by nie tylko nauczyciele oceniali pracę ucznia, co znajduje odbicie w ocenach na świadectwach. Temu mają służyć testy na zakończenie szkoły podstawowej i gimnazjum. W tym roku po raz pierwszy takiej ocenie podlegać będzie także nowa matura. - Zachwycając się szkołami, które zajmują czołowe miejsca na listach rankingowych, rodzice niekiedy nie biorą pod uwagę tego, co jest tam napisane drobnym drukiem: kolejność na tych listach związana jest z liczbą finalistów i laureatów olimpiad przedmiotowych, pochodzących z tych właśnie szkół. To ładnie brzmi i jest niewątpliwym, ogromnym sukcesem zarówno uczniów, jak i nauczycieli, choć zdarza się oczywiście (aczkolwiek dość rzadko), że to nie nauczyciel, ale rodzic umie ukierunkować zdolności dziecka. W każdej jednak sytuacji nie wystarczy pracowitość - musi też być talent. Czy na pewno wiemy, że nasze dziecko ma taki talent? Trzeba spróbować ocenić je obiektywnie: bo jeśli się pomylimy i dobrze uczące się, ale nie wybitne dziecko w jakiś sposób umieścimy w takiej szkole, może zacząć się dramat. Z tego właśnie potem często biorą się głębokie stresy, prowadzące niejednokrotnie do depresji, sięgania po narkotyki, ucieczki w różne grupy nieformalne, w których młody człowiek znajduje akceptację. Często nawet bardzo zdolna młodzież nie czuje się na siłach do walki o miejsce na podium, do podlegania ciągłej presji. W ostatnich latach radykalnie zmienił się model rodziny. Oboje rodzice przeważnie pracują od świtu do nocy. Często pozwala to na utrzymanie wysokiego standardu życia, ale kontakt z dzieckiem, czy już młodym człowiekiem w okresie największej burzy hormonalnej, jest bardzo ograniczony. Znacznie większa niż kiedyś, rola wychowawcza spada na szkołę. Dlatego proponowałbym, żeby przyjrzeć się szkole, którą ewentualnie bierzemy pod uwagę. Czy są tam zajęcia pozalekcyjne i jakie, co dzieje się na korytarzach w czasie przerwy. W przypadku szkół średnich warto dowiedzieć się, na jakie uczelnie trafią ich absolwenci i ilu się tam dostaje. Chodzi zwłaszcza o studia dzienne na uczelniach państwowych lub na tych prywatnych, gdzie obowiązują egzaminy wstępne. Trzeba pamiętać, że teraz nauka w liceum trwa tylko 2,5 roku. To zgrzyt w reformie. Dlatego też najlepsze licea tak wysoko stawiają poprzeczkę. Bywa, że dostaje się tam naprawdę dobry uczeń, ale z różnych względów nie daje sobie rady. Wiem, że zdarzają się uwagi typu "nie radzisz sobie - idź gdzie indziej". Właśnie z tego powodu przy najlepszych liceach powstają gimnazja, bo wtedy nauczyciele mogą pracować z uczniem dłużej lepiej go poznać, ukierunkować i... jeszcze wyżej postawić poprzeczkę. Założenie reformy oświaty było takie, że wszystkie dzieci po szkole podstawowej muszą znaleźć miejsce w rejonowych gimnazjach. I tak się stało. Ale tu nagle porobiły się bardzo liczne klasy. Nauczyciel nie sprawi cudu, jeśli ma ponad 30 uczniów. Na dodatek, test na zakończenie gimnazjum jest ogromnym stresem dla dzieci. Nie są przygotowane do pracy na tempo. Nauczyciele często to podkreślają - w programie nauczania powinna być nauka rozwiązywania testów. Tu zdecydowanie gorsze wyniki uzyskują dzieci, które po prostu pracują wolniej, choć wcale nie gorzej. Trzeba pamiętać jeszcze o jednej zasadzie. Gdy w połowie lat 90. trafiał do liceów wyż demograficzny i gwałtownie zaczęło tam brakować miejsc, utworzono licea ogólnokształcące na bazie dotychczasowych szkół przyzakładowych i techników. Mają one numery powyżej "100". Nic nikomu nie ujmując, trzeba obiektywnie powiedzieć, że tam poziom jest niższy. Nie ma tam tradycji nauczania licealnego, kadra nauczycielska z reguły jest ta samą, co w dawnym technikum. Ocenianie tych liceów w kategorii "udział i laureaci w olimpiadach" nie odzwierciedla poziomu pracy szkoły, bo nie zdążyły jeszcze wypracować metod pracy z uczniem zdolnym. Ponadto najlepsi tam nie trafiają. Czy aby na pewno musi być tylko wszystko dla orłów? Ranking uwzględniający osiągnięcia w olimpiadach przedmiotowych - to jedno z wielu kryteriów oceny pracy szkoły. Niechaj jednak nie będzie jedyne. Czy ktoś spojrzał na dalsze losy absolwentów? A co z udziałem szkoły w życiu społeczności lokalnej? Licea z założenia przygotowują do dalszej nauki. Przy reformie systemu edukacji nie dopowiedziano wszystkiego. Miały być wyrównane szanse, stworzone warunki do dalszej edukacji. Czy na pewno tak jest? Co zaproponowano młodzieży, która kiedyś kończyłaby szkoły zawodowe i technika? Ktoś nie dopisał zdania do końca. Powstała luka, za którą odpowiedzialni są na pewno nie nauczyciele i uczniowie. Nie można ustawiać bardzo wysoko poprzeczki i liczyć na to, że niektórzy wymyślą patent na przejście pod nią. Miało być tak pięknie - pomoc w rozwoju każdego, dopasowanie metod do możliwości i potrzeb, itd. A co zostało? Do dorosłych należy zaproponowanie drogi - złotego środka - między wykształceniem mistrza świata i przygotowaniem do biegu masowego. W świetle rankingów według jednego tylko kryterium warto o tym pomyśleć, zanim część szkół zostanie zlikwidowana, a w pozostałych powstaną klasy 40-osobowe - bo tak będzie taniej. Ale czy na pewno lepiej i efektywniej? Trzeba pamiętać, że nasza młodzież to nie sami geniusze i orły. Jest wśród nich grupa takich osób, które po prostu muszą się nauczyć trochę języka obcego, trochę obsługi komputera, zdobyć umiejętność czytania instrukcji (niestety, wiele osób dorosłych tego nie umie - stąd mówi się o dość powszechnym u nas tzw. analfabetyzmie funkcjonalnym). Ta młodzież niekoniecznie będzie dalej studiować. Takie szkoły nauczą ją, jak zdobywać potrzebną wiedzę - od razu i ewentualnie w przyszłości. Wydaje mi się, że jeśli rodzice choć w części zastanowią się nad moimi uwagami, wszystkim będzie lepiej.
Notowała Ewa Tucholska
|