Pół wieku razem

Spotkali się w lipcu 1954 roku. Hania miała 16 lat, właśnie skończyła szkołę zawodową. 25-letni Remigiusz pracował w firmie transportowej przy ulicy Tatarskiej. Przyszła dziewunia z długim warkoczem. Zainteresowałem się nią od pierwszego wejrzenia. Ona też pamięta ten błysk, ale połączony z rozsądkiem.

Na początku znajomości Hania pracowała na centralce telefonicznej. Była bardzo zmartwiona, gdy zginął klucz od tego pomieszczenia. Później okazało się, że zabrał go Remigiusz Chciał zrobić kawał, by móc dłużej ze mną posiedzieć. Widocznie mu się podobałam.

Wkrótce ona zmieniła pracę i na parę tygodni ślad po niej zaginął. On nie dał za wygraną. Wiedział, że dziewczyna jeździ do domu autobusem 119. Przez kilka dni czatował po południu na przystanku przy dworcu Wileńskim. Trud się opłacił; kontakty zacieśniły.

To były takie czasy, że trzeba było prosić rodziców o rękę córki. Pani Hanna zaklina się ze śmiechem, że do grobowej deski będzie pamiętać, że nie dostała pierścionka zaręczynowego.

Ślub wzięli 7 listopada 1954 roku. Jako młodociana, Hanna nie mogła zawrzeć związku małżeńskiego. Musieli skłamać, że jest w ciąży. Koleżanki zazdrościły zamążpójścia. Sąsiadki mówiły: Pani Grzybowska, ale zięć się pani trafił! On jeździł ciemnym citroenem, jako szofer dyrektora firmy. Mógł trzymać samochód na swoim podwórku, mógł więc podwozić żonę. Wesele, choć w Warszawie, było czysto wiejskie, przygrywała orkiestra z Wołomina. Zamieszkali z mamą Hanny przy ul. Skłodowskiej, gdzie mieli swój "kąt", 15 m kw. Tu urodzili się synowie: Mirosław i Wojciech Nie było łatwo. Wszystko musieli wypracowywać własnymi rękami.

Pierwsze zrobione przez Hannę kotlety mielone mocno skrytykowała jej mama, ale mąż zjadł ze smakiem. Podniósł tym na duchu żonę, która po cichu przyznała rację swojej mamie. - Najważniejsze, że szybko się uczyła – wspomina Ramigiusz.

Hanna wzięła dom w swoje ręce: do niej należało wychowanie dzieci i codzienne domowe obowiązki; on wykonywał cięższe roboty w domu i przynosił pieniądze. Nieduża pensja była podstawą utrzymania rodziny.

Gdy dzieci nabroiły coś w szkole lub nakłamały, karę wymierzała im mama. Tata był pobłażliwy, tylko raz uderzył syna; potem bardzo tego żałował. Wspólnie mają satysfakcję, że synowie wyrośli na porządnych ludzi. Jedną karę pamiętają mamie do dziś: za jakieś przewinienie przywiązała ich na pasku do bramy, by karę widzieli sąsiedzi. Chłopcy chowali się, udając, że coś robią… Po trzech latach Banasiewiczowie zamieszkali na Zaciszu, przy ulicy Ogrodowej, w domu postawionym za własne pieniądze, na ziemi należącej do matki Hanny. Urodził się syn Janek. Nieporozumienia z teściową i utrata pracy sprawiły, że Remigiusz opuścił rodzinę na parę tygodni. Hannę ogarnął lęk, że sama sobie nie poradzi. Gdy mąż wrócił, powoli wszystko znów zaczęło się dobrze układać… Za życzliwą poradą, częściowo za pożyczone pieniądze, kupił samochód i został taksówkarzem. Wtedy nie czekało się na pasażera, to on czekał na taksówkę.

-Kierownicę w naszym związku trzymała żona - i tak jest do dziś - stwierdzają zgodnie. Zdarzało się, że latały między nimi "gromy i pierony", ale to były tylko słowne awantury. Ona przyznaje, że nie umie potem przepraszać, nigdy nie odzywa się pierwsza.

Na jubileusz 50-lecia związku małżeńskiego w 2004 roku zamówili mszę w kościele na Zaciszu. Proboszcz, ks. Andrzej Mazański wcześniej przejrzał księgi parafialne i wszystkie pary które wzięły ślub pół wieku temu zaprosił na uroczystą mszę świętą 27 grudnia.

W jubileuszowym przyjęciu Hanny i Remigiusza uczestniczyli synowie z żonami i sześciorgiem wnuków oraz dalsza rodzina i przyjaciele. Tort miał okolicznościowe przybranie. Bukiet składał się z 50 róż. Jubilaci mieli cichą nadzieję, że terenowi urzędnicy także zauważą niecodzienny jubileusz małżeński mieszkańców Zacisza. Nie nadeszła jednak ani kartka z gratulacjami, ani zaproszenie na spotkanie.

Na pytanie, czego żałują ze wspólnie przeżytych lat, Hanna odpowiada zdecydowanie: przed 20 laty nie kupiłaby działki. Miała być miejscem spokojnego wypoczynku przy herbatce wśród zieleni. Trudno o ten luksus, gdy regularnie przyjeżdżają całe rodziny z gronem przyjaciół. Remigiusz długo się zastanawia. - Tak mi się w życiu układa, że drastycznych błędów nie pamiętam; drobnych – nie staram się zapamiętywać. Staram się wszystko harmonizować. Być może, dzięki takiemu podejściu przeżył 77 lat bez bliskich kontaktów z lekarzami. Jego recepta na zachowanie zdrowia: być obiektywnym, nie brać sobie do serca niepotrzebnych spraw, w każdym wiedzieć przyjaciela. Jako kierowca, który przejechał 4 miliony kilometrów bez wypadku, radzi: trzeba widzieć wszystkich - z przodu, z tyłu, z boków; nie zawsze wykorzystywać przysługujące prawa - czasem ustąpić, przepuścić inny pojazd. Żona dodaje: on umie zapominać o przykrych sprawach, takich jak kłótnie czy wypadki drogowe; nie brać ich sobie do serca.

Dobre emocje pan Remigiusz utrwala rymowanym słowem. Okolicznościowe wierszyki układał na różne okazje, np. imieniny babci czy 18 urodziny wnuczki Beatki. Gdy nie mógł uzyskać widzenia w szpitalu, napisał do żony karteczkę z wyznaniem: "Nie pieniądz czyni człowieka bogatym. Bogatym może być również ubogi. Ty jesteś dla mnie najpiękniejszym kwiatem. Bez Ciebie pustka, mój skarbie drogi." Te słowa na pewno znajdą się w zbiorku wierszy pana Remigiusza, który zainauguruje napisane jeszcze w wojsku poetyckie wyznanie: "Nie wiedziałem, jak się zaczyna".

K.
7364