|
Maturalny koszmar
Zakończył się wreszcie okres egzaminów maturalnych. Można pokusić się o garść uwag podsumowujących. Nowa matura 2005 miała być zwieńczeniem reform edukacyjnych, podejmowanych przez kolejnych ministrów w III Rzeczypospolitej. Miała być prawdziwym egzaminem dojrzałości, promującym kreatywność i indywidualne myślenie. Miała mieć charakter egzaminu państwowego i stanowić jednocześnie przepustkę na studia. Właściwie nic z tego nie wyszło. Już sama reforma systemu szkolnego, polegająca na wprowadzeniu gimnazjum i przez to skróceniu czasu liceum do 3, a w praktyce do 2 i pół lat była chybiona. Program licealny pozostał ten sam, nie było więc szans na jego zrealizowanie. W trzeciej klasie, klasie maturalnej, kiedy powinno się już powtarzać materiał, uczniowie na lekcjach języka polskiego przerabiali cztery epoki literackie, począwszy od Pozytywizmu! Na jedną lekturę, czasem obszerną powieść, przypadała średnio 1 godzina lekcyjna. Często ważnych pozycji z literatury światowej, np. Dżumy A. Camusa, nauczyciele nie zdążyli w ogóle przerobić. Do literatury współczesnej wcale nie doszli. Jak można więc mówić o sprawdzeniu wiedzy ogólnej, jeżeli się tej wiedzy nie zdążyło przekazać? Z innymi przedmiotami było podobnie. Matura była więc rzeczywiście zwieńczeniem ostatnich reform edukacyjnych pokazała ich kompletne fiasko. Egzamin pisemny z języka polskiego na poziomie podstawowym, składający się z testu typu czytanie ze zrozumieniem i krótkiego wypracowania na temat "Potopu", nie miał nic wspólnego z twórczym myśleniem. Sprawdzany był według tak ciasnego klucza, że nie było tam zupełnie miejsca na własną interpretację. Autorzy testu muszą chyba bardzo nisko oceniać możliwości młodzieży. Osoba przystępująca do matury musi przecież rozumieć czytany tekst. Jeśli chodzi o wypracowanie, sami uczniowie narzekali, że "Trylogii" nikt już nie czyta, że na taki temat nie można się "rozpisać" ani "zabłysnąć". Fragment "Potopu" był podany, wydaje się więc, że maturę można zdać, nie znając zupełnie literatury. Głównym zarzutem egzaminu maturalnego był jednak brak czasu. O ile egzamin z polskiego wielu uczniów kończyło przed upływem terminu, o tyle z matematyki nie wychodził nikt przed czasem. 2 godziny na 10 zadań o różnej skali trudności to stanowczo za mało. My, rodzice tegorocznych maturzystów pamiętamy dobrze, że z 5 zadań mogliśmy wybrać 3 i mieliśmy na to co najmniej 4 godziny! To właśnie matematyka, spośród przedmiotów dodatkowych cieszyła się największym wzięciem (pisało ją 90 tys. maturzystów, czyli 28,5% abiturientów). I to właśnie oni przeżywali później największą frustrację. Po egzaminie z matematyki, na komunikatorze "gadu-gadu" w komputerze absolwenta klasy matematyczno-informatycznej pojawiały się statusy typu: "żegnaj politechniko", co świadczy o stanach depresyjnych naprawdę dobrych matematyków. Były też głosy, że matematyka nie była trudna, że zadania "ładnie" się liczyły, ale były to głosy nauczycieli. Matematyka nie była jedynym przedmiotem, który wywołał kontrowersje. Prawie wszyscy, którzy jako obowiązkowy język obcy wybrali angielski, narzekali na jakość nagrania tekstu o pogodzie, na podstawie którego trzeba było później odpowiadać na pytania. Poza tym egzamin z angielskiego uchodził za łatwy. Za trudny uchodził natomiast test z historii, gdzie trzeba było odpowiadać na pytania, analizując różne źródła historyczne, takie jak fotografie, mapy, drzewa genealogiczne. Maturzyści twierdzili, że nie byli przygotowani do pracy nad tekstem źródłowym. Zastrzeżenia do testów z historii i geografii mieli też nauczyciele-egzaminatorzy. Mapki i ryciny były podobno tak źle odbite, że trzeba je było sprawdzać patrząc przez lupę... Przewidywane, dzięki maturze, uniknięcie egzaminów na studia też się nie powiodło. Większość uczelni przeprowadza jednak egzaminy nazywając je "testami predyspozycji". Tylko Politechnika Warszawska na większość kierunków honoruje wyniki matur z matematyki i fizyki. Najważniejszą i bodajże jedyną zaletą nowej matury jest niewątpliwie jej obiektywizacja: jeden egzamin dla wszystkich, te same tematy w całym kraju, sprawdzane nie przez nauczycieli danej szkoły, lecz przez odpowiednio przeszkolonych egzaminatorów. Jednak organizacja tego gigantycznego przedsięwzięcia pozostawiała wiele do życzenia. Same egzaminy ciągnęły się ponad miesiąc, od 18 kwietnia do końca maja. W tym czasie praca szkół była kompletnie sparaliżowana. Nauczyciele byli oddelegowywani również do innych szkół. Nie dało się w żaden sposób zorganizować zastępstw za wszystkich polonistów, zaangażowanych w maturę. Ucierpieli uczniowie klas młodszych. Po egzaminach nastąpił dla maturzystów najgorszy okres: czas wyczekiwania na wyniki. Takie bezproduktywne czekanie jest strasznie deprymujące, odbiera wiarę we własne możliwości i chęć do dalszej nauki. Ci młodzi ludzie byli zawieszeni w próżni, nie wiedzieli, czy starczy im punktów, aby dostać się na studia, a w związku z tym, rejestrować się na dany kierunek, czy nie. Rejestracja na wybrane kierunki studiów to osobny temat. Trzeba było rejestrować się "w ciemno", ponieważ na większości uczelni termin rekrutacji mijał przed podaniem wyników matur. "W ciemno" trzeba było też uiścić opłatę rekrutacyjną, która wynosi 80 zł na każdy kierunek. Nowa matura 2005 wreszcie się skończyła. Była koszmarnym maratonem dla nauczycieli, uczniów i ich rodziców. Po podsumowaniu wyników będzie czas na wyciągnięcie wniosków, poprawienie błędów i wprowadzenie koniecznych zmian w przyszłym roku. Szkoda tylko, że młodzi ludzie z rocznika 1986 potraktowani zostali po raz kolejny jak króliki doświadczalne.
Joanna Kiwilszo
|