|
Bo taka jest Polska?
Jako zakochany w sztuce pisania listów wybrałem się na pocztę. Tym razem wysłanie listu było jedynie pretekstem by porozmawiać z klientami. O czym? Zaczepiłem, kulturalnie ma się rozumieć, kilkudziesięciu przechodniów i wychodzących z dwóch urzędów pocztowych, przy ulicy Ząbkowskiej, a następnie przy Radzymińskiej, by zapytać: jak oceniają funkcjonowanie owych placówek. Na krótką rozmowę udało mi się namówić ludzi głównie starszych. Opinie były zbieżne: aparycja i kultura obsługi względna, brak większych mankamentów, drobne incydenty, "panie miłe" albo panie nijakie jak automaty; sprawność obsługi kolejki, kolejki, kolejki. Tragiczne kolejki. Co to takiego te kolejki? Stwór to jakiś czy zjawisko? Codziennie stoimy w kolejkach spędzamy tam kawałek swojego życia. Z autopsji wiem, że kolejki rozciągają się od Pragi po Paryż, i jest to problem światowy, a nie lokalny. Jednak czy zadajemy sobie pytanie: dlaczego tak się dzieje? Z moich rozmówców, przyczyn w opieszałości i słabej organizacji pracy doszukiwała się tylko para młodych ludzi. Poza słabą organizacją pracy, kolejkowych przyczyn należy upatrywać także w rachunkach opłacanych w tym samym terminie (przeważnie początek miesiąca) oraz o częstej praktyce zostawiania przez listonoszy tzw. awizo. Kolejki w punktach pocztowych, takich jak te dwa opisane, zapewne będą. Jako monopolista każdy kierownik urzędu wie, że ludzie i tak muszą tu przyjść, a on nie będzie się bił o klienta. Brak konkurencji sprawił, że jesteśmy na siebie skazani. Ale to pewnie kwestia czasu. Już teraz można opłacać rachunki w sklepach i kioskach szybciej i wygodniej. Ale to jeszcze nie wszystko. Wydaje się, że należałoby podkreślić względność ludzkiego zadowolenia. Pamiętam, pięć lat temu czekałem pośród tłumu starszych osób w przychodni przy ulicy Dąbrowszczaków na spóźniającą się już godzinę panią doktor. Wraz z nią, niestety, nie przyszły słowa przeprosin. Równocześnie zauważyłem, że jako jedyny potraktowałem sytuację w kategoriach, delikatnie mówiąc, nieścisłości na linii klient-oferent usługi. Gdy szanowna pani przyszła, dzierżąc w dłoniach szklanicę herbaty, po korytarzu rozległo się szeregowe dzień dobry pani doktór. Dało mi to do myślenia. Stwierdziłem, że ludzie są przyzwyczajeni do stania w kolejkach, do akceptowania nieprawidłowości, do machania ręką. Generalnie trudno jest się do czegoś przyczepić, bo właściwie jest tak wszędzie, jak mi powiedziała pewna ankietowana pani. Stojąc na zbiegu ulic Radzymińskiej i Barkocińskiej, dowiedziałem się o pokrewnej sytuacji w pobliskiej Przychodni Rejonowo-Specjalistycznej. Mając za przewodnika prawie 60-letniego mieszkańca Targówka, ujrzałem ciekawe miejsce, którym mogliby się wedle obowiązujących trendów zainteresować artyści tzw. miejsce z klimatem. Tunel bramy wjazdowej na teren przychodni jest "ozdobiony" petami, papierkami, butelkami, podłoga opaskudzona przez gołębie, a ściany pokryte brudem. Mężczyzna powiedział, że jest to miejsce, gdzie codziennie o godzinie 6.30 zbierają się starsi ludzie i czekają na otwarcie drzwi do przychodni. Stoją tu zimą i jesienią, opierają się o ściany, o wskazał mi czysty pas glazury, tuż przy drzwiach to nie czyszczone, tylko wytarte przez płaszcze. O 7.30 otwierane są drzwi, wtedy trwa wyścig do rejestracji. A przecież budynek jest ogrzewany za nasze pieniądze słusznie konstatował a na korytarzu stoi tyle ławek, że można przecież wpuścić ludzi, by tam czekali. Rzeczywiście, rankiem zastałem dwie kolejki starszych osób zachęcały mnie, bym się przyzwyczaił, bo taka jest Polska. Zadzwoniłem do przychodni i rozmawiałem z wiceszefem placówki. Spodziewałem się bezdusznej odpowiedzi, a to, co usłyszałem wprawiło mnie w stan osłupienia. Otóż przez telefon dowiedziałem się, że są zdziwieni, że pacjenci stają w kolejce tak rano, skoro nie ma problemów, by w ciągu dnia dostać się do jakiegokolwiek lekarza. Przy okazji robienia ankiety pocztowej, z ciekawości zadawałem pytanie o przychodnię dwie osoby powiedziały, że nie stoją w kolejce, bo wystarczy zadzwonić i się umówić na bieżąco. Kolejnego poranka przedstawiłem ową prawdę dwóm mężczyznom stojącym w kolejce do przychodni. Z obojętnością jeden stwierdził: "dzwonić to trzeba dwa dni wcześniej, ale... ja to nie wiem", a gdy drugiemu oznajmiłem, że jest przecież swobodny, całodzienny dostęp do 7 internistów, odparł: "tak, chyba tak, ja nie wiem, ...ale i tak trzeba stać po numerki". Stać w kolejce, jak zachęcają pacjenci, czy nie stać, jak namawia mnie pani doktor? Jeżeli ktoś z Szanownych Czytelników rozumie, o co w tym wszystkim chodzi, to bardzo proszę o wyjaśnienie. Ja nie rozumiem.
Adam Praski
|