Przywilej czy obowiązek

Masło czy margaryna, woda gazowana czy bez bąbelków, a może jednak pomarańczowy sok – dziś w sklepach od możliwości wyboru może aż się w głowie zakręcić. Z plakatów i ulotek spozierają na nas także inne "produkty" proszące "wybierz mnie, tylko mnie". Pojawienie się tych "produktów" to znak niechybnie zbliżających się wyborów do parlamentu. Czy rzeczywiście traktujemy po sklepowemu korzystanie z naszych konstytucyjnych praw? Czy wybory parlamentarne są dla nas tak samo atrakcyjne? Podczas odbywających się co 4 lata wyborów parlamentarnych wybieramy 460 posłów i 100 senatorów. Najbliższe wybory odbędą się 25 września bieżącego roku.

Polacy mają we krwi samorządność – mógłby powiedzieć znawca historii. Lubowaliśmy się we wszelkiego rodzaju zjazdach i sejmikach, gdzie można było wyrazić swoje zdanie, a nawet zostać posłem na Sejm Walny (ogólnokrajowy). Na tych ostatnich wybierano króla, uchwalano konstytucje, przywileje, wielkość podatków, liczebność wojska oraz podejmowano decyzje o wojnie (proszę zauważyć o ile mniejszy zakres kompetencji – nie było ministerstwa zdrowia i ludzie sobie radzili). Sejm był zwoływany przez króla co dwa lata na okres 6 tygodni (np. w 1573 roku sejm zebrał się na niedalekim Kamionku). Ciekawa historia wiąże się z wyborami w dwudziestoleciu międzywojennym, a także w PRL, gdzie wolność decyzji była czasem ograniczona.

Wybory w obecnej III Rzeczypospolitej przebiegały w dosyć czytelny sposób. Najpierw odsunięcie komunistów od władzy, rządy obozu solidarnościowego, potem, w 1993 roku, zwycięstwo lewicowych SLD i PSL, następnie (1997 rok) znów rządzi partia odwołująca się do symboliki Solidarności (Akcja Wyborcza Solidarność) i w 2001 roku ponowne zwycięstwo SLD. Godne zauważenia są następujące tendencje: zmieniające się preferencje partyjne oraz spadająca frekwencja.

Ciągła walka obozu postsolidarnościowego i postkomunistycznego trwała prawie piętnaście lat. Zakończyła się zniknięciem Solidarności ze sceny politycznej, a z drugiej strony spadkiem popularności oraz rozbiciem spójnego do tej pory obozu lewicowego. Natomiast pojawiły się nowe ugrupowania, takie jak Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Samoobrona oraz Liga Polskich Rodzin.

Bardziej od partyjnych niekonsekwencji interesująca wydaje się coraz niższa frekwencja wyborcza. W czasie przełomowych wyborów w 1989 roku wzięło udział 62,7% uprawnionych do głosowania, w następnych już o 10% mniej, tymczasem frekwencja w 1997 wyniosła 47,93%, a cztery lata później już tylko 46,29%. Jaka będzie tegoroczna frekwencja – zastanawiają się wszyscy, łącznie z politykami. Od czasu do czasu pojawia się sugestia wprowadzenia przymusowego udziału w wyborach. Stawia się za przykład Belgię, gdzie frekwencja wyborcza sięga czasem 90%. Tam za niestawienie się przy urnie grożą kary. Tylko jak pogodzić przymus głosowania z… wolnością.

Osoby, z którymi się spotykałem narzekały, że po wyborach i tak "nic się nie zmieni", że to "same złodzieje". Czy ludzie mają rację, dowiemy się wkrótce, natomiast z pewnością taka ostra opinia nie wzięła się znikąd. Dzięki ujawnionym aferom, niskiej kulturze osobistej polityków i wysokiemu bezrobociu wyborcy widzą, że są „robieni w trąbę” i nie chcą mieć z tym nic wspólnego. Kto lubi być oszukiwany?

Czy Polacy interesują się polityką? Z pewnością polityka interesuje się nimi. 25 września, oddając głos, wyborcy będą mogli wyrazić swoją opinię np. czy podatki mają być niższe, czy wyższe. I chociażby z powodu zawartości własnej kieszeni zdrowy rozsądek podpowiada, by się tym tematem zainteresować. Przecież w Sejmie będą mówili o moich i o Szanownego Czytelnika pieniądzach, a nie "państwowych". I o tym wie już nawet dziecko.

Idę na wybory. Nie może narzekać ten, kto nie bierze udziału w życiu politycznym. Choć, oczywiście, niebranie udziału w wyborach też jest... wyborem.


Adam Praski


5826