Być sekretarzem

rozmowa z Robertem Radzikiem, sekretarzem gminy Warszawa Targówek


Kim jest sekretarz gminy?

W przełożeniu na nomenklaturę państwową, ministerialną - odpowiednikiem dyrektora generalnego. W gminie - prawą ręką burmistrza. Sekretarz, zgodnie z ustawą o samorządzie gminnym, nie jest radnym tej gminy, wchodzi w skład zarządu z głosem doradczym, tak jak skarbnik.

I tak: od zarządu gminy otrzymuję pełnomocnictwa, które są uzupełnieniem codziennych zajęć: najbardziej znamiennym było zorganizowanie np. wyborów prezydenckich na terenie naszej gminy, która - bagatela - liczy ponad 121 tys. mieszkańców, czyli tyle, ile spore miasto wojewódzkie w poprzednim układzie administracyjnym kraju... Jako sekretarz staram się zapewnić urzędowi sprawne funkcjonowanie.

W jakim sensie?

Najszerszym. To duży, nowoczesny budynek, z centralami telefonicznymi, komputerami, windami i wieloma interesantami, którzy chcą szybko i skutecznie załatwić swoje sprawy. Jedno służy drugiemu - a przynajmniej staram się, by wszystkie te elementy współgrały. Na początku np. często wtapiałem się w tłum interesantów, słuchałem ich uwag i komentarzy. Było to bardzo przydatne przy usprawnianiu działania urzędu. Jestem także "łącznikiem" między urzędnikiem a petentem w razie niewłaściwego załatwienia sprawy. Od razu jednak muszę dodać, że tego rodzaju sytuacje zdarzają się niezwykle sporadycznie. Trzeba też mieć świadomość, że samo utrzymanie takiego gmachu jak nasz ratusz jest bardzo kosztowne. Staram się ograniczać koszty, co jest zadaniem niewdzięcznym - zawsze są niezadowoleni. Dotyczy to rachunków telefonicznych i innych rzeczy.

Większości radnych, a także mieszkańców, przychodzących na sesje kojarzy się Pan jako osoba, odpowiadająca na liczne interpelacje...

Owszem, to na zewnątrz najbardziej widać. Moje odpowiedzi są jednak tylko końcówką pracy wielu ludzi. Mechanizm jest taki: zarówno interpelacje, zgłaszane na sesji, jak i arkusze interwencyjne, które składają radni, trafiają na moje biurko. Wszystkie czytam osobiście, a potem przekazuję do burmistrzów resortowych i odpowiednich wydziałów. Szczególny nacisk kładę na to, by odpowiedzi były maksymalnie wyczerpujące i szczegółowe.

Często towarzyszą im duże emocje. Z czym Pan to wiąże?

Myślę, że generalnie można powiedzieć, że duże emocje towarzyszą sprawom inwestycyjnym. Stąd wiele interpelacji wywołuje aquapark, TBS itp. Wiele z nich jest słusznych, jak np. dociekliwość radnych związana z TBS. Bywa jednak także, że emocje nie są uzasadnione. Zresztą, większość zarówno interpelacji, jak i arkuszy interwencyjnych dotyczy spraw pozornie drobnych, ważnych dla mieszkańców jednego domu czy jednej ulicy. Są dowodem więzi radnych z określonym społecznościami, załatwiają sprawy, których z urzędu nie widać: np. przejście dla pieszych, zwiększający bezpieczeństwo znak drogowy, potrzebę udzielenia pomocy w nagłych przypadkach.

Czy Pan te sprawy hierarchizuje, ocenia?

Pod względem wagi czy pilności problemu - tak. Dotyczy to zwłaszcza bezpieczeństwa. Bardzo dobrze układa się współpraca z policją; w sprawach zagrożeń często sam kontaktuję się z komendantem, żeby przyspieszyć normalną drogę administracyjną. Ale są i inne zgłoszone interwencje, dotyczące zwłaszcza osób niepełnosprawnych czy pokrzywdzonych, w które włączam się osobiście. Zresztą problematyką bezpieczeństwa interesuję się od lat. Uważam, że nie ma co na terenie gminy nadawać największej rangi np. przestępczości zorganizowanej - choć nie można tego pomijać. Dla mieszkańców najbardziej dokuczliwa jest przestępczość pospolita: wyrywanie torebek, tłuczenie szyb na skrzyżowaniach, włamania do mieszkań, zakłócenia spokoju. To zdarza się najczęściej. Mafia z reguły zagraża nielicznym. Natomiast co do drugiej części pytania - nie, nie oceniam. Moje poglądy nie dotyczą pracy - do godziny 16 jestem urzędnikiem, który stara się jak najlepiej wykonać to, co do niego należy. Na emocje pozwalam sobie po pracy.

Jest Pan radnym dzielnicy Praga Północ w gminie Centrum. To ułatwia, czy utrudnia pracę na Targówku?

Przeważnie ułatwia: wiele spraw jest podobnych, mam też blisko do pracy w urzędzie. Bywa jednak, że utrudnia, np. gdy muszę skrócić dyżur radnego, bo trwają przygotowania do sesji, czy jest wiele innych zajęć.

Dwukrotnie zgłaszano Pana kandydaturę na funkcję sekretarza. Za pierwszym razem radni jej nie przyjęli. Za drugim - wynik głosowania był zdumiewający: 41 osób opowiedziało się "za". Czym Pan ich przekonał?

Sądzę, że po prostu poznali mnie, bo przedstawiłem się im na spotkaniach w klubach. Zadeklarowałem też, że bez względu na barwy partyjne, będę wszystkich i wszystkie sprawy traktował jednakowo. Staram się tego przestrzegać.

Z jakimi sprawami mieszkańcy mogą się do Pana zwracać?

Z tym wszystkim, czego nie udaje się im sprawnie załatwić w urzędzie, bo np. sprawa jest nietypowa, czy urzędnicy opieszali. Będę starał się pomóc.

Z wykształcenia jest Pan politologiem, z zainteresowań - historykiem. Czy stanowisko sekretarza Panu odpowiada?

To bardzo interesujące doświadczenie; sądzę, że bardzo mi się przyda. Lepiej poznałem ludzi, nabrałem dystansu do wielu spraw.

(T)