Wokół ustawy warszawskiej

Samobójczy ruch
Rozmowa z Jerzym Smoczyńskim, burmistrzem Białołęki

Zwycięstwo koalicji SLD-UP stało się faktem. Tymczasem to właśnie przedstawiciele SLD byli najbardziej przeciwni istnieniu ustawy warszawskiej w jej obecnym kształcie. Zapowiedzieli, że będzie to jedna z pierwszych ustaw, które zmienią. Najbardziej drastyczną koncepcją jest przekształcenie Warszawy w 17 dzielnic - czyli pozbawienie obecnych 10 gmin tzw. wianuszka własnych budżetów i możliwości decydowania o swoim rozwoju. Co Pan na to?

Żadna partia nie jest suwerenem w państwie. To społeczność decyduje, w jakim ustroju chce żyć. Tych opinii nie wolno lekceważyć. Tymczasem, chcę przypomnieć, choć Nowa Gazeta Praska wielokrotnie o tym pisała, że w ubiegłorocznych konsultacjach w sprawie utrzymania (lub nie) samodzielności gmin wzięło udział aż 67% mieszkańców Białołęki, czyli znacznie więcej, niż w jakichkolwiek wyborach. Spośród nich aż 92% opowiedziało się za utrzymaniem samodzielności gminy. To właśnie jest dla mnie ogromnym bodźcem do walki. Gdyby było inaczej - to choć osobiście jestem wielkim zwolennikiem samodzielności gmin warszawskich - wycofałbym się z walki. Warto przypomnieć, że w ciągu 7 lat samodzielności i szybkiego rozwoju gminy sprowadziło się tu ponad 16 tysięcy osób! To ci, którzy uwierzyli w rozwój. Co im teraz powiedzieć? Że wszystko podupadnie? W mieście, które liczy 2 mln mieszkańców nie ma mowy o samorządności. Nie ma możliwości, by jeden człowiek wiedział o faktycznych potrzebach drugiego. W gminie służą temu moje cotygodniowe przyjęcia mieszkańców, dyżury radnych, kontakty za pośrednictwem jednostek pomocniczych, czyli rad osiedli, których mamy aż 28.

Gdyby jednak Białołęka została dzielnicą...

To sama stałaby się jednostką pomocniczą. Tym samym przestałyby istniec rady osiedli, bo nie mogą działać jednostki pomocnicze jednostki pomocniczej. Stracilibyśmy możliwość decydowania o swoich potrzebach, czyli np. o rodzaju inwestycji. Obecnie część - i to znacząca - naszych dochodów jest przekazywana miastu. Np. część podatku od osób prawnych i cała opłata skarbowa. W innych częściach kraju są to dochody gmin. Obecnie nasz budżet konstruujemy tak, by przekazać jak największe środki na rozwój, na inwestycje. Temu służy m.in. wyważony obrót nieruchomościami, staranne egzekwowanie należności. Jeśli to zostanie zahamowane, automatycznie drastycznie zmniejszą się dochody miasta.

A dlaczego ma dojść do zahamowania rozwoju?

Prawdopodobnie żaden dyrektor dzielnicy nie będzie zainteresowany tym, by zwiększać dochody, bo nie ma to żadnego przełożenia na środki, które dostaje do dyspozycji jako tzw. załącznik do budżetu. Nie będzie reprezentował interesów mieszkańców, żeby nie narazić się prezydentowi, który wszak go powołuje i odwołuje. Jeśli prezydent powie, że chce budować ulicę w centrum, a nie na Białołęce, to przecież mu się nie przeciwstawi... Dziś, gdy gmina jest samodzielna, a mieszkańcy upominają się o budowę ulicy, to analizujemy możliwości i szukamy środków. Nigdy nie mówimy „nie”, najwyżej uzasadniamy przesunięcie w czasie. Na bieżąco jednak wiemy, jakie są oczekiwania i potrzeby. Nie wyciągamy ręki do miasta - jeśli mamy inwestować, sami te pieniądze wypracowujemy: czy to przez lepszą gospodarkę nieruchomościami, czy przez nakręcanie koniunktury. Teraz np. chcemy stworzyć inkubator przedsiębiorczości - coś na kształt biura pośrednictwa pracy i biura prawnego dla nowo powstałych firm. Po to, by nie dopuścić do powstawania bezrobocia na naszym terenie.....

To jednak oddzielny temat...

Tak, ale też istotny. Gdybym był dyrektorem dzielnicy, nie interesowałoby mnie to. Nie miałbym żadnego interesu, bo dochody i tak trafiałyby do miasta. Interesowałyby mnie głównie następne wybory. Teraz jestem zainteresowany żeby nie tylko zwiększać wydatki, ale i uzyskiwać dochody. Im więcej firm dobrze prosperuje, tym większe środki od nich napływają, tym ludzie lepiej zarabiają i tym większy jest podatek dochodowy od osób fizycznych, wpływający do kasy gminy. Tak koło się zamyka. Jeśli wszyscy będziemy tylko zainteresowani, by zwiększać wydatki, to w mieście powstanie taka sama dziura budżetowa, jak w kraju.

Teraz mówiliśmy o wariancie najgorszym - odebrania samodzielności gminom i przekształcenia ich w dzielnice. Zgadzamy się jednak, że ustawa warszawska w obecnym kształcie jest zła. Jak można by ją zmienić?

Zmiana wynika właściwie z ustawy o samorządzie powiatowym. Przewiduje ona podział na powiaty grodzkie i ziemskie. Warszawa jest powiatem ziemskim, a wszystkie miasta liczące powyżej 100 tys. mieszkańców są powiatami grodzkimi, w których rada miasta i rada powiatu są jednym, tym samym ciałem. U nas utrzymano radę powiatu i radę Warszawy, co jest absurdem. Mnoży radnych i urzędników. Powinna być jedna rada, jeden powiat i szereg gmin. Takie rozwiązanie będzie sprzyjać klarowności układu władzy i pieniędzy. Można by się zastanawiać, czy powinna być utrzymana gmina Centrum, czy zamiast niej powinno być 7 gmin, które wchodzą w skład powiatu ziemskiego. To zapewniłoby ten sam ustrój, co w innych powiatach. Nie wolno też zapominać, że cała aglomeracja warszawska jest ze sobą połączona przez system szkolnictwa średniego, służby zdrowia, komunikacji, mediów takich jak wodociągi, kanalizacja itp. Nie ma potrzeby zmian na siłę, wszyscy rozumiemy ich celowość. Ustrój Warszawy powinien rozwijać się w kierunku metropolii, tak, jak np. jest w Paryżu.

To rozwiązanie, o którym Pan mówi, wydaje się proste. 17 gmin, starosta, rada powiatu - bez rady Warszawy i prezydenta, który jest jednocześnie starostą. W czym więc problem?

Obecny zarząd Warszawy zapewne też to widzi - pewnie dlatego w wyborach do Sejmu startował prawie w komplecie... Oczywiście, to żart. Na serio jednak, twierdzą oni np., że to uniemożliwiłoby Warszawie np. zaciąganie kredytów. Tak nie jest. W takim układzie stolica jest jednym organizmem miejskim - powiatem - który zaciągałby kredyt.

Czy sądzi Pan, że takie zdroworozsądkowe rozwiązanie ma szansę?

Sądzę, że kiedyś rozsądek zwycięży. Połączenie Warszawy w jeden organizm już przerabialiśmy - do 1994 r. Jeśli to było takie dobre, to dlaczego dopiero teraz na Białołęce domy rosną jak grzyby po deszczu? Mam nadzieję, że nikt nie będzie chciał zmieniać ustroju na 4 lata. Mieszkańcy, którzy poszli do wyborów by głosować na ludzi, którzy teraz zlikwidują gminy, więcej tego nie zrobią. Na szczęście, demokracja już na tyle się ugruntowała, że nikt nie ma patentu na władzę. Ci, którzy nie spełniają oczekiwań, muszą odejść. I odejdą.

Będziemy walczyć o gminy

Rozmowa z Dariuszem Klimaszewskim, przewodniczącym Rady Gminy Targówek

Dla Pana, jako członka SLD, zwycięstwo wyborcze jest niewątpliwie powodem do radości...

Przepraszam, że wejdę pani redaktor w słowo, ale chciałbym bardzo serdecznie podziękować mieszkańcom Bródna, Targówka i Zacisza za poparcie udzielone naszym kandydatom. To bardzo zobowiązuje i przyszłych parlamentarzystów i nas radnych. To przecież na nas spada ta część odpowiedzialności, przede wszystkim za sprawy gminy. Postaramy się być jeszcze bardziej skuteczni w rozwiązywaniu problemów naszej gminy i jej mieszkańców.

...czy jednak nie budzi Pana niepokoju zapowiadana natychmiastowa nowelizacja ustawy warszawskiej?

Tak, z pewnością niepokoi. Dosyć wokół ustawy warszawskiej nietrafionych eksperymentów. Na przykład przygotowywanie ustawy przez posłów spoza Warszawy. Przecież to bzdura. Inaczej rządzi się wsią i miasteczkiem, a inaczej metropolią. Albo te pseudokonsultacje marszałka Płażyńskiego na temat ustawy. Nie uwzględniono stanowisk gmin warszawskich, prowadzonych przez nie sondaży i rzeczywistych konsultacji a tzw. konsultacje ograniczono do internetu i osobistych wizyt mieszkańców Warszawy w Sejmie. To nie jest demokracja. I w takim bałaganie stworzono ustawę, której zapisy zmieniały się w zależności od tego czy było to głosowanie na komisji, w Sejmie czy w Senacie. Zachowano wprawdzie gminy, ale stworzono pozaprawny związek gmin wokół Warszawy, bez możliwości uregulowań finansowych i efekt znamy - weto prezydenta i ustawa do kosza. Tylko, że do kosza nie da się wyrzucić demokracji.

Nie ulega wątpliwości, że pewne jej zmiany są konieczne, ale nie te, sprowadzające się do odebrania gminom samodzielności, zwłaszcza w decydowaniu o budżecie. Przecież odebrałoby to im szanse dalszego rozwoju....

Zgadzam się całkowicie. Nasza organizacja gminna, wcześniej SdRP, teraz SLD konsekwentnie była i jest przeciw likwidacji gmin warszawskich. Są w tej sprawie dokumenty, uchwały, ale konkretnie: byliśmy inicjatorem stanowiska Rady Gminy Warszawa Targówek, z innymi klubami również, stanowiska rady w sprawie zachowania gmin warszawskich, braliśmy udział w konsultacjach z posłami warszawskimi wszystkich opcji politycznych. Część udało się nam przekonać do swoich racji. W tej kampanii wyborczej rozmawialiśmy na ten temat i z posłem Markiem Borowskim i z ministerm Ryszardem Kaliszem. Mam nadzieję, że skorzystają z naszych podpowiedzi.

Ma pani redaktor absolutną rację co do pewnych ograniczeń, czyli powiązania zadaniowego gmin warszawskich - na przykład: drogi przelotowe, obwodnice i mosty, wodociągi i kanalizację, sieci energetyczne i ciepłownicze, komunikacja i temat numer jeden dla Targówka przyszłość metra. O tym powinni decydować wspólnie warszawiacy. I muszą być na to wydzielone wspólne środki ze wspólnej kasy.

Ale jest inna Warszawa, ta za Gminą Centrum. Każdy mieszkaniec Targówka widzi wyraźną różnicę między tym, co było za czasów chociażby tzw. siedmiogrodu czyli siedmiu dzielnic, a sytuacją obecną. Wtedy burmistrz za swojej kadencji nie zdążył nawet poznać swoich włości, a co dopiero zaproponować racjonalny rozwój. Dopiero 1994 rok był datą przełomową dla Białołęki i Targówka. Ogromna nowa infrastruktura, rozwój budownictwa i budowa dróg, nowe centrum gminy, odrabianie wieloletnich zaniedbań nie tylko na Zaciszu, a teraz nowe inwestycje i powtarzany przeze mnie argument, gdyby nie samodzielna gmina nie byłoby negocjacji naszych radnych, co w zamian za spalarnię, nie byłoby ronda „Żaba” ani przebudowy ulic w tym rejonie.

Czy podejmiecie jakieś działania - jako radni gmin wianuszka - by przekonać swoich posłów, że zmiana tak, ale tylko w kierunku zmniejszenia struktur w mieście?

Oczywiście państwo musi być tańsze i to dotyczy również samorządu. Takie są realia budżetu. Mniej radnych, ograniczenie niepotrzebnych wydatków administracyjno-technicznych, lepsza organizacja i jakość pracy, ale przede wszystkim nie może stracić na tym mieszkaniec gminy. Ani jeżeli chodzi o poziom świadczeń z pomocy społecznej, ani w obszarach wydatków na oświatę, bezpieczeństwo i służbę zdrowia. Oczywiście bez tych „chorych” kas na górze. A w mieście tylko jedna władza stołeczna.

Jakie widzi Pan na to szanse? Przecież nietrudno wyobrazić sobie cofnięcie się Targówka do roli sypialni Warszawy?

To już było i mam nadzieję - nie wróci. Byłoby bardzo niedobrze, gdyby o wszystkim decydowali urzędnicy z Placu Bankowego. Już teraz widać dysproporcje w podziale środków na część prawobrzeżną i lewobrzeżną Warszawy. I to dotyczy zarówno gmin, jak i dzielnic. Popatrzmy na przedłużenie Trasy Toruńskiej - tam obwodnica z prawdziwego zdarzenia, ekrany akustyczne, przebudowa dróg itd. A u nas sypiąca się na głowy ruiny fragmentów niedokończonej inwestycji, brak obwodnic i połączeń północnej części z południową. O ekranach akustycznych nie wspomnę, bo ich nie ma.

Duża część środków z naszego budżetu przeszłaby do kasy miejskiej, a ile by wróciło, lepiej nie mówić. Z tymi propozycjami na pewno się nie zgodzimy. Będziemy walczyć na argumenty, będziemy chcieli uczciwych konsultacji z mieszkańcami i dzielnic i gmin, bo być może mieszkańcy Pragi Północ też chcieliby mieć własną gminę. Mam nadzieję, że pozycja gmin warszawskich znajdzie zrozumienie w nowym parlamencie. Kampania wyborcza i udział w niej parlamentarzystów na ziemiach gmin „wianuszka” z pewnością przekonał o pozycji tych gmin w warszawskim samorządzie.

Rozmawiała Ewa Tucholska