Kamery zamiast pistoletów

W lipcu 1999 wojewoda mazowiecki uznał urzędy gmin warszawskich za obiekty wymagające szczególnego nadzoru, a dokładniej za "jednostki organizacyjne (...) podlegające obowiązkowej ochronie przez specjalistyczne formacje ochronne lub odpowiednie zabezpieczenie techniczne na terenie województwa mazowieckiego". Pociągnęło to za sobą lawinę wydarzeń, o których przeciętny mieszkaniec nie miał najmniejszego pojęcia. Gminy się odwoływały od tej decyzji, tym bardziej, że ich realizacja pociągała za sobą znaczne koszty. Jedną z takich gmin była Białołęka. Zapewne nadal nikt by się tym nie interesował, gdyby nie szum informacyjny, który z upodobaniem wywołuje radny Teresiak (AWS), usiłując w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. Nawiasem mówiąc, radny ten był członkiem komisji przetargowej, zajmującej się tą kwestią. Jej skomplikowana nazwa brzmiała: "Komisja przetargowa na wykonanie zabezpieczenia elektronicznego ratusza gminy Warszawa Białołęka w postaci systemu kamer telewizji przemysłowej zewnętrznej i wewnętrznej wraz z okablowaniem i urządzeniami dodatkowymi". To jednak tylko dygresja, aby wytłumaczyć mieszkańcom, skąd nagle NGP poświęca temu oddzielną uwagę.

Gmina Białołęka, po otrzymaniu decyzji wojewody, od razu zaczęła się od niej odwoływać. Nikt nie kwestionował potrzeby zabezpieczenia urzędu, tym bardziej, że - przypomnijmy - wkrótce po zbudowaniu nowego ratusza przy Modlińskiej trzykrotnie ogłaszany był alarm, w wyniku fałszywych na szczęście telefonów o podłożeniu bomby tu i ówdzie.

Władze gminy od początku przeciwne były wprowadzeniu uzbrojonych ochroniarzy czy też wykrywaczy metali - krótko mówiąc, niemalże inwigilacji mieszkańców, którzy przychodziliby tu załatwiać swoje sprawy. Decyzję wojewody wsparł pismem stołeczny komendant policji, przypominając władzom Białołęki, m.in. że "niezapewnienie fizycznej lub technicznej ochrony podległej jednostki grozi odpowiedzialnością karną do dwóch lat pozbawienia wolności". Trzeba przyznać, że robi to wrażenie, prawda?

Korzystając z trybu odwoławczego burmistrz Białołęki za pośrednictwem wojewody zwrócił się z odwołaniem do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji od tej decyzji. "Nasz urząd nie ma istotnego znaczenia dla funkcjonowania miasta, nie posiada stanowisk dowodzenia ani schronu dla ludności i znajduje się na obrzeżach miasta poza skupiskami ludności" - czytamy m.in. w odwołaniu. I dalej "wojewoda mógł podjąć taką decyzję, lecz powinny stać za nią niezbite argumenty, ponieważ wprowadzenie jej w życie co najmniej dwukrotnie zwiększa koszty w tym zakresie, a nie wniesie nic ponad to, co jest obecnie stosowane". Dało to efekt - urząd został wykreślony z wykazu obiektów podlegających obowiązkowej ochronie.

Zgodnie jednak z wcześniejszą deklaracją, w tegorocznym budżecie gminy przewidziano środki na wprowadzenie systemu kamer, monitorujących urząd i jego otoczenie. Takie kamery są we wszystkich urzędach gmin - tyle, że zainstalowano je od razu po ich zbudowaniu toteż nikt z tego sensacji nie robił. Tymczasem, przypomnijmy, białołęcki ratusz był pierwszym, zbudowanym, w Warszawie i dlatego tego systemu tam od razu nie zamontowano. Ogłoszono przetarg, do którego stanęły cztery specjalistyczne firmy, zajmujące się instalowaniem systemów monitorowania. Wygrała firma Markon, której oferta była najtańsza, a rekomendacje bardzo przekonujące: m.in. w ciągu ostatnich dwóch lat zainstalowała kamery w oddziałach i filiach Banku Pekao S.A. w Warszawie i wielu innych miastach w kraju. Zainstalowanych zostanie prawdopodobnie 16 kamer (8 na zewnątrz i do 8 wewnątrz urzędu). Przekazywany przez nie obraz będą obserwowali portierzy. W razie potrzeby będzie on nagrywany. W nocy kamery będą reagowały na ruch wokół urzędu. Koszt instalacji kamer wyniesie niecałe 91 tys. zł, co jest prawie dwukrotnie tańsze od wariantu sugerowanego przez wojewodę. Umowa z firmą Markon zostanie podpisana 15 października, a w dwa miesiące później system powinien już działać.

Dotychczas w ciągu dnia dyżurował jeden portier, a po godzinach pracy urzędu - dwóch. Co pół godziny mieli oni obowiązek obejść urząd dookoła. Oprócz telefonu i pilota antynapadowego mieli (i mają) bezpośrednią łączność przez radiostację z centrum kryzysowym. Gmina ma podpisaną umowę z agencją ochroniarską, która po wezwaniu w ciągu 5 minut zjawia się na miejscu. Pilnować trzeba - mówi burmistrz Smoczyński - w urzędzie znajdują się dokumenty mieszkańców, za które jesteśmy odpowiedzialni. Walczyliśmy jednak o wariant umiarkowany. Teraz sądzę, że wszyscy będą się czuli bezpieczniej, także urzędnicy. Zdarzało się bowiem, że np. komuś coś ukradziono z pokoju. Robienie z tego sensacji jest dowodem na brak innych, ciekawszych tematów...