Niech pierwszy rzuci kamieniem...


      8 kwietnia odbyła się sesja Rady Gminy Warszawa Targówek, zwołana na wniosek 12 radnych. Znamienne, że wszyscy wnioskodawcy albo znajdują się w gronie zawsze przeciwnych (programowo), albo stracili swoje funkcje, co powoduje ich oczywistą frustrację. Oni to właśnie sami proklamowali się zbawcami gminy i tropicielami wszelkiego zła, które uosabia obecny zarząd. Zadziwiające, że te same osoby (pełniąc m.in. funkcje wiceburmistrzów, członków zarządu czy przewodniczących rady) przez pierwsze dwa lata kadencji nie miały żadnych krytycznych uwag....
      Tu jednak problem jest poważniejszy. Na dwudniowe szkolenie-dyskusję do Kazimierza (z delegacją akceptowaną i podpisaną przez przewodniczącego rady - Dariusza Klimaszewskiego) wyjechały 34 osoby, w tym prawie wszyscy naczelnicy wydziałów merytorycznych. To ludzie o wielkiej wiedzy, przeważnie wieloletnim doświadczeniu w pracy w samorządzie. Omawiano kierunki rozwoju gminy, w tym budowę infrastruktury w różnym zakresie. Bez względu bowiem na to, czy Targówek będzie dzielnicą czy gminą, gotowe koncepcje mają większą szansę na realizację niż te, które jeszcze nie powstały. Pierwszego dnia (20 marca) dyskusja trwała z przerwą na obiad od godz. 10 do 20.30, drugiego, już w gorszej atmosferze po informacjach z urzędu po “rewelacjach” prasowych – do 14. Efektem tych obrad jest ponad 100-stronicowy materiał, który otrzymali radni na sesji nadzwyczajnej.
      Jak to zwykle na takich wyjazdach bywa, po obradach, przy i po kolacji, był czas wolny. Wtedy każdy może robić, co chce. Najchętniej jednak, jeżeli jest taka możliwość, wszyscy się bawią. Każdy bawi się inaczej, nic nie jest obowiązkowe. Jedni piją, inni tańczą, żartują, jeszcze inni dyskutują. Wiedzą o tym najlepiej ci, którzy zwołali konferencję. Części z nich daleko do abstynencji... wiedzą o tym najlepiej ci, którzy zwołali konferencję. Przedstawicielka gazety codziennej, która to opisała, była osobą najwyraźniej absolutnie nie zorientowaną nawet w tym, kto jest kim na Targówku. Nie używała nazwisk ani funkcji, lecz określeń „młody”, „wysoki” itp. Rzuciła natomiast wiele oskarżeń. Zapewne podniosły one słabą ostatnio sprzedawalność gazety, co na jakiś czas powinno pomóc.
      Szkoda tylko, że redakcja, realizując konkretne wytyczne, nie pomyślała o tym, że istnieje coś takiego, co kiedyś nazywano odpowiedzialnością za słowo. Żenujące są podpisane przez samego red. naczelnego dywagacje, co mogło być na filmie, jakoby ukradzionym z aparatu fotograficznego w Kazimierzu. Jest on osobą spoza stolicy, konkretnie z Bydgoszczy. Nigdy chyba do końca Warszawy nie zrozumiał, czego dowodem jest zdziwienie (w dyskusji redakcyjnej sprzed roku), że ustrój Warszawy jest inny niż w pięknym mieście Bydgoszcz. Wtedy uczestniczący w spotkaniu prof. Michał Kulesza nieco może zbyt dosadnie powiedział, że nie można porównywać człowieka z amebą. Komentarz redaktora skłania do wniosku, że chyba jednak można.
      Szkoda, że w Polsce sądy są wprawdzie sprawiedliwe, ale mocno nierychliwe. Dzięki temu redakcja może spać na razie spokojnie, bo zanim dojdzie do sprawy, będzie zapewne i inny ustrój Warszawy, i inne władze. Dla tej redakcji nie liczy się, że zrobiono krzywdę tym, którzy na pewno na to nie zasłużyli.

T
4548