W ubiegłym tygodniu odbyło się spotkanie prezydenta m. st. Warszawy W. Kozaka z burmistrzami gmin warszawskich. Ogromne znaczenie nadały mu media. Uściski dłoni, błyski fleszy... O jego znaczenie zapytaliśmy burmistrza Białołęki, Jerzego Smoczyńskiego

Lepiej późno niż wcale



Czego spodziewał się Pan po tym spotkaniu?
Przyznam, że byłem ciekaw. Tym bardziej, że w ciągu całej kończącej się 4-letniej kadencji było to praktycznie drugie nasze spotkanie z prezydentem. Pierwsze, które było bardziej kurtuazyjne niż robocze, odbyło się na Targówku, na zaproszenie burmistrza Kamińskiego. Tymczasem kontakty między miastem a gminami wyglądałyby zupełnie inaczej, gdyby dobra wola była nie tyko z naszej strony. Moim zdaniem jednak – i wiem, że nie jestem w tym odosobniony – prezydent Piskorski konsekwentnie zmierzał, że ustrój Warszawy się nie sprawdził i trzeba zlikwidować gminy warszawskie.
To poważny zarzut...
... ale przykładów może być wiele. Jednym z najbardziej dobitnych było uniemożliwienie naszego zamiaru powołania związku komunalnego wodociągów i kanalizacji. Przypomnę, że taki wymóg na gminy stołeczne nałożyła ustawa warszawska. Wszystko było przygotowane; niezbędne było tylko zwołanie pierwszego posiedzenia związku. Było to jeszcze pod rządami komisarza w gminie Centrum. Po odwołaniu komisarza i po wyborach jego decyzja została unieważniona, a ta największa gmina odwołała swój akces do związku. Posiedzenie nie zostało zwołane i z powstania związku nic nie wyszło. Teraz można używać argumentu, że gminy nie wywiązały się ze swojego obowiązku powołania związków komunalnych do zadań ogólnomiejskich. Gdyby te związki udało się powołać, to nie tylko mieszkańcy płaciliby mniej za świadczone przez nie usługi, ale i nie byłoby dyskusji nad zmianą ustroju Warszawy.
Czy owo spotkanie z prezydentem było tylko kurtuazyjne?
Nie. Prezydent Kozak poprosił nas o pomoc w takiej organizacji pracy, by po wyborach mieszkańcy nie odczuli zmian na gorsze. Z tym każdy z nas, burmistrzów gmin obrzeżnych, całkowicie się solidaryzuje. Przecież po wyborach – jeśli nasze działania, ratujące gminy, nie dadzą efektu – powstanie Warszawa jako jedno miasto na prawach powiatu, składające się z 17 dzielnic, na czele których będą stali burmistrzowie. Oznacza to, że zupełnie zmieni się podział zadań i pieniędzy. Oznacza to także, że to, co finansowały dotychczas gminy ze swoich środków, znajdzie się “na garnuszku” miasta. Podobnie to, co finansował powiat. Przykładem mogą być szkoły. Podstawowe utrzymywały gminy, remontując je, kupując sprzęt, często dopłacając do wynagrodzeń nauczycieli (gmina Centrum np. dopłacała ok. 300 mln zł rocznie; podobna była – w proporcji do wielkości – skala naszych dopłat), a średnie – powiat. Teraz może okazać się, że nauczyciele w szkołach średnich będą zarabiać mniej niż w podstawowych... Podobnie ze służbą zdrowia. Np. Białołęka przejęła część zadań z tym związanych od powiatu, który nie był w stanie finansować tych placówek. Zorganizowaliśmy od podstaw przychodnię, zaczęliśmy budować kolejną. Co będzie dalej? Na dziś trudno powiedzieć.
Wracając jednak do tego spotkania. Czy coś z niego wynikło?
Konkretnie – tylko jedno. W gminach mają zostać powołani pełnomocnicy, którzy we współpracy z zarządem miasta przystosują obowiązujące przepisy do zmian, jakie ma wnieść ustawa. Sugerowano, że funkcję tę powinni pełnić sekretarze gmin. Są oni jednak zawaleni pracą związaną z organizacją spisu powszechnego, bo przecież cały ciężar spoczywa na gminach. Dlatego ustaliliśmy, że burmistrzowie wyznaczą do tego inne osoby.
Mówi Pan, że konkretnie ustaliliście tylko to. A niekonkretnie?
Poproszono nas o wiele dokumentów. Np. przeprowadzenie inwentaryzacji. Nikt nie umiał powiedzieć, na jaki ma być dzień przeprowadzona, czy ma być rzeczowa czy księgowa itp. A przecież inwentaryzacja powinna być przeprowadzona przed dyskusją nad zmianą ustawy warszawskiej, żeby wiedzieć, co się ma. Władze miasta pytają nas o długoletnie plany inwestycyjne, o wydatki. To wszystko jest w naszych uchwałach budżetowych. Wystarczy po nie sięgnąć. Niemniej jednak uważam, że takie spotkania są potrzebne. Niezależnie od tego, jaki kształt będzie miała Warszawa po wyborach, na pewno będzie działała lepiej. Na pewno prezydent będzie się spotykał z burmistrzami, bo bez tych spotkań i współpracy plany zarządu miasta w żaden sposób nie przełożą się na to, co będzie się działo w Warszawie. Najpierw zawsze trzeba się porozumieć, by można było cokolwiek zrobić wspólnie. Przez ostatnie 4 lata tych rozmów i tego porozumienia nie było.
Dyskutowaliście także o wyborach?
Tak, choć na dziś nikt nie wie, o jakich wyborach mówimy. To nie takie proste – zmiana ustawy i wszystko jest po prostu inaczej. Przede wszystkim nikt na pewno nie wie, jaka ustawa warszawska będzie obowiązywać. Jeśli stara – to okręgi i obwody wyborcze ustalają burmistrzowie gmin wraz z radami, jeśli nowa – prezydent miasta. Nie wiadomo także, jak będzie wybierany prezydent, czy tak jak w całej Polsce, czy inaczej.
Czy gminy zrezygnowały z walki o utrzymanie dotychczasowego ustroju Warszawy?
Absolutnie nie. Musimy jednak przygotowywać się także do wariantu niekorzystnego, bo przecież nie mogą na tym ucierpieć mieszkańcy.
Na jakim jesteście etapie walki o gminy?
Do Trybunału Konstytucyjnego trafi skarga wszystkich gmin warszawskich (oprócz Centrum). Jest ona w trakcie przygotowania merytorycznego. Jej jednobrzmiącą treść uchwalą rady gmin – sądzę, że na sesjach majowych. Tu nie można się poddawać presji czasu, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Niezależnie, dwie gminy – Bemowo i Włochy, choć dotyczy to nas wszystkich – już złożyły skargę do Rzecznika Praw Obywatelskich, który zapewne też skieruje ją do Trybunału Konstytucyjnego. Chodzi o nierówne traktowanie pracowników samorządowych. Ustawa przewiduje, że wszyscy pracownicy urzędu mają zostać zwolnieni w ciągu 6 miesięcy od wyborów. Nie dotyczy to innych pracowników samorządowych: z jednostek pomocniczych czy szkół. Wychodzimy z założenia: albo nikogo, albo wszystkich. Jeszcze w kwietniu skarga gmin warszawskich (i jednej dużej gminy z terenu kraju) powinna trafić do Rady Europy.
Przy rozmaitych okazjach podkreśla Pan, że jeśli obowiązywać będzie nowa ustawa warszawska, to nie chce Pan być burmistrzem dzielnicy, ale wejść w skład Rady Warszawy. Dlaczego?
Żeby móc coś zrobić dla Białołęki, mieć coś do powiedzenia. Jako burmistrz w ewentualnej nowej dzielnicy Warszawy praktycznie nie będę miał do zrobienia nic, poza wykonywaniem dyrektyw. Przykładowo, jeśli przedtem przychodzili do mnie mieszkańcy z pytaniami i propozycjami inwestycyjnymi, to mogłem powiedzieć: wasz pomysł ma ręce i nogi. Przedstawię go radzie gminy. Jeśli rada zaakceptuje i będą pieniądze, zrobimy to. Natomiast gdybym był burmistrzem pod rządami nowej ustawy, to musiałbym najpierw dostać akceptację prezydenta (a wiem z doświadczenia, że wcale niełatwo się z nim spotkać), potem walczyć o to, by ta propozycja została przedstawiona na sesji Rady Warszawy, która być może uznałaby, że warto na to przyznać pieniądze. Natomiast jeśli znalazłbym się w Radzie Warszawy, ta droga byłaby znacznie krótsza. Miałbym szansę wpływać na to, jakie pieniądze w budżecie miasta byłyby przeznaczane dla Białołęki. To Rada Warszawy będzie decydowała o środkach. Rada dzielnicy będzie tylko opiniowała i... czekała.
A jeśli Białołęka nie będzie miała swojego człowieka w Radzie Warszawy?
Obawiam się, że cofnie się do sytuacji lat 80. – zaniedbanych peryferii stolicy. To, co zbudowaliśmy przez ostatnie dwie kadencje, wymaga nadzoru, remontów i konserwacji. Z kolei trzeba pamiętać, że w Białołęce powstaje co dwudzieste mieszkanie w Polsce. I to nie tylko dlatego, że jest tu ładnie. Przede wszystkim dlatego, że samodzielna gmina postawiła na budowę infrastruktury: dróg, wodociągów, kanalizacji. Tego wszystkiego, co ułatwia i obniża koszty inwestycji. Jeśli tego nie będzie – inwestorzy wycofają się. A wtedy bezrobocie będzie takie, jak na Suwalszczyźnie i Kielecczyźnie. I zapewne mądre głowy będą się dziwić, co się stało....

 


9675