Dotyk anioła


      Dojazd do Stowarzyszenia Samopomocy Bursy im. Hansa Christiana Kofoeda przy Lnianej 1 na Zaciszu zajął mi godzinę. Ciemności, potężna nawałnica przerywana błyskawicami i fatalne oznakowanie dróg. W nerwowym napięciu byłam bliska rezygnacji z odwiedzin. Tuż za węzłem ciepłowniczym, wśród ogródków działkowych wszystko ucichło - deszcz przestał padać, przypominały o nim jedynie gigantyczne kałuże. Miasto oddaliło się, nad polami zaśpiewały ptaki. Serdeczny uścisk Elżbiety Taras-Zwierz, kierowniczki placówki był jak dotyk anioła. Znamy się od dawna - pomyślałam.      
Powstawanie bursy to była iście pionierska praca. Popegeerowska chlewnia była niemal po sufit wypełniona mieszaniną słomy i zwierzęcych odchodów. Pracowali wszyscy - kierownictwo razem z uczniami - tak nazywają się wszyscy bezdomni podopieczni placówki - by dziś bursa była miłym, czystym i niemal rodzinnym domem z zadbanym ogrodem, domem gdzie każda rzecz ma swoje miejsce, a obowiązki są podzielone pomiędzy mieszkańców. Jest w tym domu czas pracy i czas odpoczynku, czas milczenia i czas rozmów.
      Stowarzyszenie Samopomocy Bursa im. H. Ch. Kofoeda jest organizacją pozarządową, która rozpoczęła swoją działalność w 1998 roku i działa w oparciu o wypróbowane, wieloletnie doświadczenia zdobyte w zakresie pomocy socjalnej prowadzonej w duńskiej Szkole im H. Ch. Kofoeda i w Duńskim Instytucie Pomocy Socjalnej w Kopenhadze. Tego typu placówek jest w Europie wiele, bursa na Lnianej w niczym nie odbiega od przyjętych standardów - można wręcz powiedzieć, że czasem je przewyższa. Jest samorządnym stowarzyszeniem niosącym pomoc ludziom niezdolnym do samodzielnego zapewnienia sobie godziwych warunków egzystencji. Wszystkie działania są nakierowane na wyzwolenie u podopiecznych (uczniów) zmiany sposobu życia - zerwanie z charakterystycznym dla bezdomnych i bezrobotnych poczuciem niemocy i beznadziejności. Stowarzyszenia pomaga przywracać wiarę we własne siły i poczucie wartości, pomaga w zerwaniu z uzależnieniem od alkoholu lub innych środków. W bursie bezdomni i bezrobotni uzyskują wszelką pomoc socjalną, ofiary przemocy znajdują oparcie. Generalną, humanitarną zasadą stowarzyszenia jest „pomoc do samopomocy”. To oznacza, że trzeba chcieć zmiany swojej sytuacji, dokonywać świadomych - na ile jest to możliwe - prób wydobycia sił niezbędnych do rozsądnego i samodzielnego pokierowania własnym życiem. Stowarzyszenie tylko wspiera te wysiłki uczniów doradzając, wychowując, prowadząc terapię, jeśli jest taka potrzeba również resocjalizując uczniów i edukując. Uczniowie mają do dyspozycji szkolenia zawodowe - poligrafię, stolarstwo, krawiectwo, kursy informatyczne i językowe. Już niebawem pod nieodpłatnym nadzorem behapowca i szkoleniowca z Warszawskich Zakładów Mechanicznych PZL-WZM ruszy w bursie profesjonalny warsztat ślusarsko - mechaniczny. Imponująco wyglądający sprzęt również nieodpłatnie dostarczyły WZM. - Wielu naszych uczniów pracuje poza bursą, ci którzy nie mają pracy „na zewnątrz” wykonują prace w bursie, a zawsze jest co robić. Zakupy, sprzątanie, gotowanie, prace stolarskie i budowlane w domu, przyjmowanie darów od naszych sponsorów. To oczywiście nie oznacza, że pracujący poza bursą nie mają obowiązków na miejscu. Jest jak w rodzinie, obowiązuje podział ról. No i regulamin, na pewno ostrzejszy niż w domu rodzinnym. W tej chwili mamy 21 uczniów. W bursie jest tylko jedna kobieta z dwojgiem dzieci - ofiary przemocy w rodzinie, reszta to mężczyźni. Cieszy nas kiedy uczniowie znajdują pracę poza bursą, bardzo cieszy kiedy studiują - mamy teraz młodego człowieka, który właśnie rozpoczął studia. Wszyscy są z niego dumni - znów jak w rodzinie. Obowiązuje zasada, od której nie ma odwołania - całkowity zakaz spożywania alkoholu. Kto go złamie musi odejść. Oczywiście nie brakuje problemów - wielu uczniów ma poczucie odrzucenia - staramy się stworzyć atmosferę pełnej akceptacji, zapewnić poczucie bezpieczeństwa, przywrócić nadzieję i odwagę życiową, pomóc zerwać z biernością, uświadomić uczniom - naturalną przecież - potrzebę aktywności i konieczność jej zaspokajania, pomagać w zmianie lub podwyższaniu kwalifikacji. Jeśli mogę dodać refleksję osobistą - wiele razy miałam momenty zniechęcenia - wydawało mi się, że nie podołam ogromowi pracy, ale zawsze myśl, że nie można zmarnować tego co już zostało zrobione sprawiała, że znów znajdowałam siły - mówi Elżbieta Taras-Zwierz, kierownik placówki. - To jest współczesna Siłaczka. Czasem nie mogę wyjść z podziwu jak delikatna kobieta może udźwignąć ten ciężar. Udało się tak wiele zrobić. Mamy wiernych sponsorów - ASMABEL nieodpłatnie wywozi nieczystości, Petrogaz dostarcza nam gaz w butlach, piekarnia Gromulski oferowała pieczywo, teraz robi to piekarnia Szwedka, z Jędrzejowa otrzymujemy porcje rosołowe, od Hetmana wędliny, Procter and Gamble, Palmolive Colgate i Henkel Racibórz wspierają środkami czystości. Tak wielu jest ludzi dobrej woli, że nie sposób ich wszystkich wymienić - dodaje Jacek Dukaczewski, wychowawca - wolontariusz, emerytowany wykładowca resocjalizacji i dziennikarz. Placówkę wspierają również Szkoła Kofoeda i Duński Komitet Helsiński z Kopenhagi, Zarząd m.st. Warszawy, Wojewoda Mazowiecki, Gmina Targówek, Ministerstwo Sprawiedliwości, społeczność chrześcijańska, Kościół Zielonoświątkowy. Udało się doskonale ułożyć stosunki ze społecznością lokalną, choć początki nie były łatwe. Bywa, że stowarzyszenie dzieli się żywnością, którą otrzymuje od darczyńców z okolicznymi mieszkańcami. Jest tu sporo biedy - wielu mieszkańców to byli pracownicy PGR. Straż miejska i policja nie mają z ośrodkiem żadnych problemów i oferują pomoc, gdyby taka była potrzebna - czasem wpadną na herbatę.
      Z przyjemnością oglądam bursę - odnowione, niewielkie, ale bardzo miłe i czyste pokoje. Pani Elżbieta przedstawia mi ucznia - złotą rączkę - to on wyczarowuje maleńkie stoliki - drewno łączone z terakotą i tak przycina nieładne meblościanki, że nabierają zupełnie innego wyglądu. Z przyjemnością ujmuję jego zdolną dłoń. Nastoletnia córka jedynej w bursie kobiety właśnie wybiera się na obóz organizowany przez Krzysztofa Zarembę, pastora zielonoświątkowców. - Byłam już kilka razy na takich obozach, zawsze jest bardzo fajnie i dobrze się wypoczywa. Nie przeszkadzamy w pakowaniu. W prawdziwie domowej kuchni roznosi się aromat małosolnych ogórków. Kiszą się w wielkich słojach. Pachnące łazienki, osobno toalety, podręczny magazynek na środki czystości, z którego bardzo oszczędnie wydziela wszystko jeden z uczniów, za kotarą półki na obuwie - pokoje są za małe żeby wszystko w nich trzymać, w osobnym pomieszczeniu szafy na odzież - każdy ma swoją. W olbrzymiej hali stoją maszyny z WZM-PZL - duma bursy. Z dachu straszliwie kapie - w kilku miejscach stoją miednice, podłoga jest zabezpieczona trocinami. - To jest właśnie nasze najnowsze zmartwienie - trzeba robić remont dachu bo wszystko się zniszczy. Na szczęście mamy jakieś środki więc będziemy mogli zacząć. - mówi Elżbieta Taras-Zwierz. Jeszcze pracownia poligraficzna, bardzo dobrze wyposażona. Przez przypadek znalazł tam na razie swoje miejsce piec do wypalania ceramiki - na razie nie pracuje, ale na pewno będzie wykorzystany. I pracownia krawiecka - w ponczach uszytych przez uczniów chodzą teraz panie z duńskiej delegacji, która odwiedziła ośrodek. Bez pracowni informatycznej i poligraficznej niemożliwa byłaby realizacja jeszcze jednego przedsięwzięcia bursy - magazynu informacyjno - społecznego „Nasze Miasto”, w którym znajdą się reportaże i informacje z aglomeracji warszawskiej, problematyka społeczna i kulturalna. „Nasze Miasto” znajdzie się w Międzynarodowej Sieci Gazet Ulicznych. O projekcie będziemy pisać po ukazaniu się pierwszego numeru magazynu.
      W świetlicy - palarni rozmawiam z uczniami. Bogdan, siedem miesięcy w ośrodku, w trakcie terapii odwykowej. - Rozwiodłem się z żoną, zamieszkałem z konkubiną, szybko zmarła, a ja nie byłem u niej zameldowany, piłem, jak oprzytomniałem znalazłem się na bruku. Trafiłem do noclegowni na Wolskiej, potem zamieszkałem u kolegi, straciłem dobrą pracę. Tułałem się po różnych noclegowniach. W końcu trafiłem do Towarzystwa im. Św. Brata Alberta na Knyszyńską. Byłem tam cztery miesiące, przeszedłem terapię odwykową. Teraz jeżdżę na terapię na Solec - o, tam to jest lepsze towarzystwo - politycy, biznesmeni, bogaci ludzie. Wobec gorzały wszyscy są równi. Tutaj pracuję jak wszyscy - robię różne rzeczy w bursie. Nie przeszkadza mi, że się pani spowiadam. My się ciągle spowiadamy, na tym to polega.
      Ten subtelny, stosunkowo młody mężczyzna ma najdłuższy staż w ośrodku, bezdomny od roku, pragnie pozostać anonimowy. - Najpierw trafiłem do ośrodka na Żytniej. To był szok. Podziemie kościoła - warunki straszne i absurdalne. Ludzie nie nadający się do niczego - samo dno społeczne. Na noc zamykano ich na kratę i tak pozostawali bez nadzoru do szóstej rano. Pijaństwo, bójki - to była norma. Brak łazienek, dwie toalety na sto osób. Wytrzymałem tam trzy dni. Bezdomność przyszła kiedy straciłem pracę - nie było środków na wynajęcie mieszkania. Poczułem, że wszystko wymyka mi się spod kontroli, że się poddaję. Postanowiłem wyrwać się z tego kręgu niemocy. Widziałem ludzi z kilkoma fakultetami grzebiących w śmietnikach. Nie chciałem tak żyć. Tutaj mam szansę i wykorzystam ją.
      Grzegorz, w ośrodku od 7-8 miesięcy. - Owdowiałem, jakiś czas mieszkałem z teściami. Wyjechałem za pracą, ale przydarzył się wypadek i nie mogę wykonywać prac budowlanych, do których zostałem przyuczony. Tak stałem się bezdomny. Od lekarza mam zakaz dużego wysiłku fizycznego. Przeszedłem już dwie komisje w ZUS-ie. Kwalifikuję się do grupy inwalidzkiej, ale jakoś nie kwapią się by mi ją przyznać.
      Jerzy kilka dni temu wyszedł z zakładu karnego. - Miałem dostać 620 zł za prace wykonywane w więzieniu, a oddali mi tylko moje 160 zł z depozytu. Myślałem, że wynajmę hotel, ale starczyło tylko na pociąg i zostało parę złotych. Mam zaświadczenie, że jestem zdolny do pracy. Chcę pracować, mam dziecko, muszę płacić alimenty. Tutaj chyba nie zostanę - nie ma miejsca, śpię na korytarzu. Kierowniczka załatwiła mi coś na Siennickiej. Ten mężczyzna z uśmiechem słucha. Jest młody, nie chce opowiadać o sobie. - Dużo przeszedłem, jestem w depresji. Czas jakiś rozmawiam jeszcze z Elżbietą Taras-Zwierz i Jackiem Dukaczewskim. Wcale nie mam ochoty stąd wyjeżdżać. - Na pewno wróci pani do nas. Wszyscy wracają. - mówi pani Elżbieta. Wierzę jej i myślę, że uczniowie Bursy im. H. Ch. Kofoeda znaleźli w niej swojego anioła ...

Elżbieta Gutowska

12107