Upiór w przychodni


      Przychodnia przy Dąbrowszczaków powoli zmienia swoje oblicze. Już nie straszy zaniedbany hol - został wyremontowany, pojawiła się terakota. Przy wejściu widać pracowników agencji ochrony. Szkoda, że te kosmetyczne i fasadowe przedsięwzięcia są w zasadzie jedynymi pozytywnymi zmianami.

      Osoby niepełnosprawne wciąż muszą pokonywać niezliczoną ilość schodów i schodków. Głęboką komuną trąci zwyczaj „pobierania” z portierni klucza do ustronnego miejsca dla pacjentów, czyli po prostu toalety. Spekulacje na temat zamkniętej toalety nie prowadzą do żadnych konstruktywnych wniosków. Czyżby chodziło o ograniczenie dostępności? W jakim celu? - aż strach pomyśleć, że chodzi o pognębienie pacjentów. A może w ten sposób pracownicy pragną utrzymać toaletę w czystości? Nierealne, bo pacjent „pobierając” klucz czy też go nie „pobierając” nabrudzi tak samo - zakładając, że zamierza nabrudzić. Może chodzi o uniemożliwienie wejścia do toalety osobom z zewnątrz?
      Absurd - wszyscy pacjenci są ludźmi z zewnątrz. A jeśli w ten sposób broni się dostępu do toalety np. pijanym z ulicy? W takim razie od czego są pracownicy ochrony? Sprawa jest trudna i jak mówią Rosjanie - Biez wodki nie razbieriosz. Dostępna czy niedostępna toaleta to pikuś w porównaniu z absurdalną sytuacją pacjentów korzystających z zabiegów rehabilitacyjnych. Problem bynajmniej nie kończy się w momencie uzyskania od lekarza pakietu 10, 15 zabiegów, w tym momencie problem dopiero się zaczyna.
      Każdego dnia, w którym pacjent korzysta z zabiegów musi się na nie zapisać w rejestracji. Łatwo sobie wyobrazić leciwego albo połamanego i bardzo obolałego pacjenta, który wędruje do przychodni, pokonuje liczne schodki i zapisuje się na zabieg. Jest nieźle jeśli otrzyma pierwszy, drugi lub trzeci numerek, kiepsko jeśli jeden z ostatnich. Ma wówczas alternatywę - powrót do domu by pofatygować się ponownie do przychodni ryzykując, że nie zdąży - numerek nie określa godziny przyjęcia - lub długie oczekiwanie na niewygodnych krzesłach w ponurej, nie wyremontowanej jeszcze poczekalni.
      Zagadnięta na powyższy temat pani z rejestracji zabiegów rehabilitacyjnych nie widzi w takim zorganizowaniu zapisów niczego nielogicznego - przyjmuje to jako aksjomat. Generalnie jest mało przychylna i sfrustrowana - nic dziwnego przy takiej organizacji pracy. Choć z drugiej strony może w tym szaleństwie jest metoda. Gdyby pacjenci - tak jak w większości przychodni - byli wpisywani do zeszytu przez samego rehabilitanta i nie musieli każdorazowo się rejestrować, sfrustrowana pani z okienka straciłaby pracę powiększając szeregi bezrobotnych.
      Służba zdrowia reformuje się bardzo opornie - nie zawsze jest to opór materii, najczęściej jest to opór samych pracowników służby zdrowia. W przychodniach wciąż pokutują upiory minionej epoki kiedy to pacjenci byli dla przychodni. Czas najwyższy odwrócić tę relację - to przychodnia jest dla pacjentów. (egu)

Egu