|
O minionym roku, planach na przyszłość i rozwiązywaniu trudnych sytuacji
mówi Jerzy Smoczyński
burmistrz Białołęki
Równowaga rozwoju
Miniony rok był chyba dość trudny. Z jednej strony trwała i trwa walka o zachowanie samodzielnego bytu gmin
warszawskich, z drugiej - żmudna, codzienna praca.
Trudno przewidzieć, jaki będzie skutek zmasowanego oddziaływania na posłów podjętego przez ruchy obrony gmin. Mam nadzieję, że pozytywny. Nie dajmy się jednak zwariować: trwa codzienna praca, niezależna od tego, co będzie za dwa lata. Mieszkańcy dali nam kredyt zaufania: ponad 92 % opowiedziało się za zachowaniem gminy. Oznacza to, że niezwykle pozytywnie oceniają to, co dotychczas zrobiliśmy i chcą tak żyć dalej. My z kolei zrobiliśmy wszystko, co możliwe, by udowodnić, że gmina samodzielnie rozwija się najlepiej. Reszta nie zależy od nas, więc możemy tylko normalnie pracować. I w taki sposób tłumaczę to zarówno kolegom radnym z koalicji, jak i opozycji. Dowodów na to, że normalna praca - jak Pan to określił - daje wyjatkowe efekty, jest to, że Białołęka trzy razy pod rząd znalazła się w pierwszej setce pod względem dynamiki rozwoju. I to, warto dodać, na 2500 polskich gmin. Jak jest to możliwe? Muszę nieskromnie dodać, że po raz trzeci - to było za rok 1999. Sądzę, że taka sama będzie nasza pozycja zarówno za rok miniony, 2000, jak i w tym, 2001 roku. Bo ani dynamika naszego rozwoju, ani procent budżetu, przeznaczany na rozwój, czyli inwestycje, nie zmniejsza się. Na czym to polega? Przede wszystkim przygotowujemy tzw. grunt pod rozwój. Nie oczekujemy, że inwestor przyjdzie i sam wszystko zrobi. Najpierw budujemy infrastrukturę: wodociągi, kanalizację, drogi - to wszystko, co jest możliwe. Potem jest już łatwiej negocjować z potencjalnymi zainteresowanymi. Łatwiej jest także stawiać warunki. Podejrzewam, że jako przykład poda Pan osiedle Nowodwory i inwestycje na Strumykowej? Dokładnie tak. Pamiętam, jeszcze pod koniec poprzedniej kadencji, gdy pokazywałem zarośnięte chaszczami Nowodwory, gdzie stało kilka domów i praktycznie nie było dróg i mówiłem, że tu powstanie przedszkole,wielka szkoła i nowe ulice, byli tacy, którzy się pukali w głowę. Przyznam, że czasem sam w to nie wierzyłem. A teraz - proszę. Jest nowoczesne przedszkole, powstała jedna z najładniejszych szkół w Warszawie, z nieporównywalnym z żadnym innym pełnowymiarowym zapleczem sportowym na miarę naprawdę XXI wieku. Niedługo zaczniemy budować tu nową szkołę podstawową. Jest już duża część dróg, dojeżdża komunikacja miejska... W niektórych gminach można usłyszeć, że specjalnie rozpoczynają rozmaite inwestycje, żeby w razie czego - czyli gdyby zmienił się ustrój Warszawy - miasto musiało je dokończyć. Czy myślicie w podobny sposób? Nie, uważam, że to bez sensu. Praca trwa normalnym trybem. Jedyną inwestycją, która może siegnąć poza okres najbliższych dwóch lat, jest rozpoczęta już budowa komisariatu policji o randze powiatowej na Tarchominie. Budujemy go ze środków własnych i to niemałym wysiłkiem finansowym - łącznie ok. 6 mln zł. Od Komendy Stołecznej Policji ma pochodzić tylko wyposażenie. Ma to jednak bezpośrednie przełożenie na bezpieczeństwo mieszkańców. Co będzie sztandarową inwestycją roku 2001? Nie można na to odpowiedzieć jednym słowem. Przede wszystkim są to inwestycje oświatowe. Potrzeby szkolne na Tarchominie zostały już praktycznie zaspokojone. Na Nowodworach też w dużym stopniu wszystko jest wiadome - myślę o powstaniu wspomnianej już szkoły podstawowej. Na terenach zielonych większość szkół została wyremontowana w roku 2000. Teraz rozpoczniemy generalny remont szkoły 321 przy Juranda, remont inwestycyjny szkoły nr 342 na przedszkole i doczeka się remontu i rozbudowy szkoła nr 1 przy ul. Kobiałka. To Pana rodzinne strony... Tak. Szkołę zaczął budować mój dziadek, skończył ojciec; ja tam chodziłem, moje dzieci, teraz żona jest dyrektorem. Mimo że od 10 lat jestem radnym , a od 6 lat - burmistrzem, przedtem były inne potrzeby. Mogłoby się wydawać, że wszystko przebiega idealnie. Ale przecież tak nie jest, przynajmniej, jeśli słucha się dyskusji podczas sesji (które relacjonujemy) lub czyta inne gazety. W ciagu ostatnich miesięcy minionego roku padały poważne zarzuty pod adresem nie tylko zarządu gminy, ale i personalnie Pana. Jak się Pan domyśla chodzi mi o sposób zagospodarowania Portu Żerańskiego. Chociaż ostatnio sprawa jak gdyby przycichła, wydaje mi się, że warto, by mieszkańcy z Pana ust usłyszeli jaka jest prawda? Od chwili, gdy port przestał pełnić funkcję portu rzecznego, nie było praktycznie pomysłu na jego wykorzystanie. W poprzedniej kadencji jeden z moich zastępców.... Ma Pan na myśli Pawła Teresiaka? Cóż, jeśli już mówimy o personaliach, to owszem, o niego mi chodzi. Przez 4 lata minionej kadencji w jego kompetencjach było opracowanie koncepcji zagospodarowania. To duży teren - ponad 17 hektarów. Tak czy inaczej, żaden z pomysłów nie wszedł nawet w ostateczną fazę koncepcji, nie mówiąc już o jakichkolwiek innych działaniach. Z dużym trudem udało nam się wydzierżawić 5 ha, obecnie firma Bauma Unicom produkuje tam kostkę brukową. Trudność znalezienia inwestora polegała m.in. na tym, że nie ma tam dróg dojazdowych: ani wjazdu z Modlińskiej, ani wyjazdu w Marywilską. Budowa takiej drogi to koszt około 2 mln zł. Przy ogólnym braku infrastruktury w gminie w ogóle, a dróg w szczególności, nie braliśmy pod uwagę takiej inwestycji tylko po to, by łatwiej znaleźć zainteresowanego terenem. Wiedzieliśmy też, czego chcemy: chodziło o to, by port przyciągał ludzi, by powstały tam tańsze niż w pozostałej części Warszawy hotele o dobrym standardzie, hale i boiska sportowe, kina - krótko mówiąc miejsca rozrywki, których w gminie nam bardzo brakuje. Ogłosiliśmy konkurs, ale mimo dużego zasięgu - bo był nie tylko w gazetach ogólnopolskich, ale i w internecie - zgłosiła się tylko jedna firma, owe konsorcjum, na którym tak psy wieszano. Zadeklarowało zainwestowanie w przedsięwzięcie 100 mln dolarów, realizując naszą koncepcję. Gmina miała aportem do powstałej spółki wnieść grunt, czyli owe 12 ha. Czy nie było zagrożeń, że np. teren zostanie wykorzystany na co innego? Nie, zabezpieczyliśmy się przed tym w umowie. Własność gruntu będzie przenoszona etapami, dopiero wtedy, gdy środki wniesione przez konsorcjum przewyższą wartość terenu. Gmina ma również zastrzeżony wpływ na kształt tego, co powstaje. Inwestor na własny koszt zbuduje także wspomnianą drogę wjazdową i wyjazdową. W takim razie nie pojmuję, dlaczego Paweł Teresiak, obecnie radny opozycji, tak bardzo się temu przeciwstawia? Wiele osób tego nie rozumie. Wydaje mi się, o czym wielokrotnie mówiłem, że są ludzie, którym jest wszystko jedno, czy mówi się o nich dobrze czy źle, byleby się mówiło. Chyba o to chodzi... Wprawdzie w poprzedniej kadencji w naszej gminie praktycznie nie było opozycji, to - uprzedzając ewentualne zarzuty - chcę powiedzieć, że opozycja jest czynnikiem bardzo mobilizującym. Musi być jednak twórcza, a nie destrukcyjna. Praktycznie jednak tu ogranicza się do tej jednej osoby. Czy z tym także należy łączyć wizyty mieszkańców na sesjach, np. w sprawie budowy Nowodworskiej - Odkrytej czy rozbudowy Czajki? Wydaje mi się, że w dużej mierze tak. A wszystko wynika z braku dobrego rozeznania. Przypomnę, że gdy parę lat temu miała być budowana ta ulica, ostatecznie udało nam się wynegocjować szerokość drogi na 5,5 metra, choc powinno być co najmniej 6, a jeszcze lepiej 7 metrów. Chodzi tu przede wszystkim o bezpieczeństwo pieszych, możliwość budowy zatok dla autobusów MZA, łatwych skrętów w prawo itp. Starzy mieszkańcy nie chcieli na ten cel przekazać gruntu. Radni z tamtego terenu (teraz w opozycji) zbierali głosy popierając ich w słuszności tych działań. Toteż część drogi zbudowaliśmy węższą, część nie powstała w ogóle. W zamian, w porozumieniu z Zarządem m.st. Warszawy, wybudowaliśmy znaczną część Mehoffera. Teraz starych właścicieli zostało tylko kilku, powstały bloki, gdzie mieszka lub zamieszka pare tysięcy ludzi. Chcą mieć drogę. Kiedyś ta droga powstanie, ale na razie musi poczekać. A Czajka? Po co ją rozbudowywać, jeśli i tak pracuje na 30% mocy? To bardziej skomplikowana sprawa. Obecnie zmienił się skład ścieków, m.in. ze względu na coraz lepsze urządzenia racjonujące wodę. Krótko mówiąc, obecne ścieki zawierają więcej elementów śmierdzących, a mniej wody. Technologia stosowana obecnie nie da sobie rady z większą ich ilością. Dlatego, żeby nie śmierdziało, trzeba Czajkę rozbudować i zmodernizować. Kto ma to robić? Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji razem z miastem. Jest to jednak bardzo poważna i kosztowna inwestycja. Istnieje duża szansa, że otrzymamy na to środki z Unii Europejskiej, co jednocześnie będzie gwarancją, że wszystkie normy zostaną dotrzymane. W takim razie przeciwko czemu protestowali mieszkańcy? Z jednej strony nie rozumieli, że rozbudowa i modernizacja oznacza mniej smrodu. Ale ta sprawa miała także inny aspekt. Obecnie w zasięgu kanalizacji jest tylko około 10% domów na Białołęce. Jeśli zostanie rozbudowana Czajka, w tym sięgu będzie 75%. To dużo. Gdy powstawał hipermarket Selgros, jego kierownictwo zadeklarowało dofinansowanie budowy kanalizacji. Teraz ta deklaracja przekształciła się w konkretną kwotę - 350 tys. zł. Jednocześnie podjęliśmy negocjacje z MPWiK, by otrzymać zgodę na budowę w tamtym rejonie kanalizacji tłocznej (znacznie tańszej od powszechnej w Warszawie kanalizacji grawitacyjnej, którą trzeba kłaść na znacznej głębokości. W tamtych okolicach poziom wód gruntowych jest niski, toteż jedynym rozwiązaniem jest kanalizacja tłoczna, inaczej zwana ciśnieniową - przyp. red.). Normalnie, zgodnie z uchwałą rady gminy, kanalizację w ulicy buduje gmina na swój koszt. Mieszkańcy wnoszą jedynie opłatę tzw. partycypacyjną w wyskości 2,5 tys. zł, plus na swój koszt muszą zbudować przyłącze i przykanaliki, krótko mówiąc to wszystko, co łączy ulicę z domem. Zaproponowaliśmy mieszkańcom, że dzięki wsparciu Selgrosa wykonamy im kanalizację tłoczną łącznie z przykanalikami i pompą przy każdym domu na koszt gminy. O ile to jest taniej? Mniej więcej o połowę. Tym bardziej nie rozumiem, po co był protest? Grupa mieszkańców, zapewne nie z własnej inspiracji, przyszła na sesję z kategorycznym żądaniem, że gmina musi wszystko zrobić na swój koszt. Gmina nic nie musi. Są osiedla, położone znacznie bliżej oczyszczalni, gdzie kanalizacja jest też bardzo potrzebna, jak chociażby nie do końca skanalizowana Choszczówka czy Choszczówka Wieś, po drugiej stronie torów kolejowych.. Metodą szantażu nie da się nic załatwić. Ci, którzy namawiają do takich działań, robią krzywdę samym mieszkańcom. Jaka jest Pana główna myśl na rok 2001? Zrobić wszystko, by nie zachwiać równowagi rozwoju gminy. Dotychczas udawało nam się pogodzić ochrone tutejszej przyrody z dążeniem do zapewnienia jak najlepszych warunków życia. Stąd między innymi wziął się nasz aktywny udział w Agendzie 21, gdzie zwłaszcza mieszkańcy podczas różnych warsztatów i spotkań z naukowcami mogli wypowiedzieć się, jak widzą zrównoważony rozwój, który powinien następować, ale nie za wszelką cenę.
Rozmawiała Ewa Tucholska
|