|
Po mnie choćby potop
W zasadzie, ile razy piszemy o Szpitalu Praskim w bliższym lub dalszym tle znajdują się decyzje dyrektorki szpitala, B. Dzierżanowskiej. Są to decyzje złe, wskazujące na brak jakiejkolwiek wiedzy menedżerskiej, ale za to kategoryczne. Barbara Dzierżanowska dawno już zapomniała, że kiedyś była lekarzem (nawet znikło to z jej pieczątki), ale też nigdy nie była dobrym organizatorem. Zamiast coś zmienić – uznała – najlepiej zlikwidować, sprywatyzować, sprzedać. Przykłady można mnożyć, o niektórych pisaliśmy na łamach NGP. Aby takie decyzje lepiej wyglądały, przeprowadzane były pod szyldem restrukturyzacji, jakoby zawsze sankcjonowanej przez różne władze. Tak było z prywatyzacją laboratorium (i zwolnieniem dużej części pracowników), podobnie z otwarciem nowej sztucznej nerki (przy likwidacji ratującego życie w sytuacjach ostrych zatruć stanowiska dializy). Tak jest i obecnie – znów pani dyrektor na odchodnem zamierza zrestrukturyzować przez likwidację oddział ginekologiczno-położniczy wraz z oddziałem noworodków. Wiele było innych kontrowersyjnych decyzji: zakład pogrzebowy praktycznie na terenie szpitala (już zlikwidowany), apteka w holu, antena dla telefonii komórkowej na dachu, podczas gdy bezpośrednio pod nią znajduje się oddział intensywnej opieki medycznej. Teraz ordynatorzy dostali pismo, informujące, że 30 maja Barbara Dzierżanowska odchodzi na emeryturę. Jeden z najbardziej nękanych pomysłami pani dyrektor ordynatorów, dr Władysław Fidziński (ginekologia i położnictwo) wraz z podziękowaniem “za dobrą koleżeńska współpracę, zaangażowanie w sprawy szpitala oraz wzorowe kierowanie jednostki organizacyjnej”, wszedł w posiadanie pisma do związków zawodowych (datowanego dwa dni wcześniej), że w związku z “powodu zmian organizacyjnych związanych z restrukturyzacją szpitala przez likwidację oddziału ginekologiczno-położniczego wraz z oddziałem noworodków, zamierzam zwolnić z pracy 105 osób – w tym 15 lekarzy (czyli wszystkich – przyp. red.), 61 pielęgniarek i położnych” itp. Termin likwidacji, jak wynika z pisma, upływa 30 września. Tym razem nie powołuje się na żadne “wyższe racje”. Likwidacja, i koniec. Tymczasem warto wiedzieć, że żaden z oddziałów (oprócz sztucznej nerki) nie jest rentowny. Najbardziej deficytowe są chirurgie i urazowa i ogólna. Ginekologia i położnictwo znajdują się na dalszym miejscu. Na ginekologii w ciągu 4 miesięcy tego roku kontrakt wykonano w 115%. Według obliczeń dyrektorki to tylko strata, bo za te 15% kasa (czy też teraz Narodowy Fundusz Zdrowia) nie zapłaci. Tymczasem w oddziale operuje się bez kolejki te przypadki, które czekając w innych placówkach, ryzykują zdrowiem. Nie czekają tu te pacjentki, które w placówkach stricte onkologicznych mogłyby operacji po prostu nie doczekać. Podobna sytuacja jest w poradni przyszpitalnej. Lekarze przyjmują, a dyrektor ubolewa, bo przyjmują za darmo (według wynegocjowanych kryteriów). Kontrakt przewiduje dwa, czasem nawet trzy razy mniej porad. A to, że sama się na takie warunki zgodziła? No cóż. - Uważam, że oddziały mające miejsca powinny przyjmować na bieżąco – mówi ordynator, dr Władysław Fidziński. – Są sytuacje, gdy powstaje kolejka, ale od tego jesteśmy lekarzami, mamy zaplecze diagnostyczne, by umieć podjąć decyzję, kto może zaczekać, a kto natychmiast musi trafić na stół operacyjny. Sprzedaż, prywatyzacja, likwidacja – to metody najprostsze. Gdzieś po drodze rozpływają się z tego pieniądze, tak jak w przypadku wysokich wpływów do kasy szpitala ze sztucznej nerki (pisaliśmy o tym w poprzednim numerze). Przykryte jest to frazesami o “wysokich kosztach zarządu”. Ale przecież dobry menedżer powinien zacząć ciąć koszty właśnie od siebie. Po to jednak trzeba być dobrym menedżerem... Miejmy nadzieję, że tak, jak miasto (czyli obecny organ założycielski szpitala) na razie wycofało się z decyzji o likwidacji sztucznej nerki, tak samo w odniesieniu do ginekologii i położnictwa oraz oddziału noworodków zweryfikuje pomysł dyrektorki. Barbara Dzierżanowska po prostu nie lubi ludzi – ani lekarzy, ani pacjentów, ani swojej pracy. Nie lubiła też chyba swego zawodu – bo kiedyś była przecież lekarzem. Aż trudno to sobie wyobrazić.... Może też coś zmieni się w sposobie finansowania służby zdrowia. Gdy jąreformowano, mówiło się, że kasa chorych (czy też Narodowy Fundusz) będą finansować leczenie, natomiast na utrzymanie placówek miały łożyć samorządy. Pieniądze od samorządów są w zasadzie fikcją. Jest jeszcze jedna możliwość: pacjent może wyrazić np. zgodę na niewielką odpłatność – rzędu 10 czy 15 zł dziennie za wyżywienie. Już to byłoby znacznym ułatwieniem we wszechogarniającej nędzy naszych szpitali. Każde rozwiązanie jest lepsze od likwidacji, ale nad każdym innym rozwiązaniem trzeba pomyśleć. Na pewno dyskusje z ordynatorami (po to wszak istnieje rada ordynatorów) pomogłyby znaleźć doraźne przynajmniej wyjście. Miejmy nadzieję, że w miejsce żegnanej bez żalu dyrektorki szpitala przyjdzie ktoś z otwartą głową i dobrymi pomysłami. Czego szpitalowi i sobie samym życzą pacjenci.
Między katedrą a urzędem władz dzielnicy,
Stał sobie szpital i leczył mieszkańców okolicy. Nie wadził nikomu i dbał o zdrowie mieszkańców, A oni uważali, że jest ich ostoją o każdej porze dnia i nocy. Stał szpital tak przez 200 lat, Aż przyszedł czas “reformy”, podczas której padł , I nie zauważył tego nikt z władz. Mieszkańcy ocknęli się za późno, gdy zagrożone było ich zdrowie. Ale pomocy kazano im szukać za Wisłą, bo tam są szpitale, co się zowie....
Ewa Tucholska
|