Przy otwartej kurtynie

Rozmowa z dr Andrzejem Koronkiewiczem, dyrektorem Szpitala Praskiego


Nowym dyrektorem został Pan 1 czerwca, więc zaledwie miesiąc temu. W rozmowach z pracownikami wszystkich szczebli szpitala daje się jednak zauważyć pewna nadzieja, że nastąpią lepsze czasy.

Po prostu rozmawiam z ludźmi. Na tym m.in. polega praca. Mam taki obyczaj, że zawsze działam przy otwartej kurtynie. Tak się składa, że zawsze pracowałem w instytucjach, które operowały publicznymi pieniędzmi. Dlatego od lat stosuję zasadę, że wszyscy – nawet jeśli tego nie chcą – mają wiedzieć o podjętych działaniach. Teraz nie ma żadnych tajnych dokumentów – oprócz listy płac. Nie chcę wracać do przeszłości.

Co jest najważniejsze?

Wizja przyszłości szpitala. Dotychczas odkładano to na lepsze czasy wiele decyzji, m.in. dotyczących infrastruktury, remontów kapitalnych. Teraz jesteśmy w sytuacji, że wszystko jest znacznie wyeksploatowane: praktycznie nastąpiła techniczna śmierć szpitala. Dlatego tak bardzo istotne jest określenie, jaką funkcję ma on spełniać w przyszłości. W rozmowach, które prowadziłem jeszcze przed objęciem tej funkcji, była podnoszona kwestia, czy szpital ma dalej funkcjonować. Ze strony organu założycielskiego, którym jest obecnie miasto (przedtem było starostwo powiatu warszawskiego – przyp. red.), odpowiedź była jednoznacznie pozytywna. Niesie to jednak za sobą skutki finansowe.

A zatem?

Budynek główny, czyli A, jest w nieco lepszym stanie niż budynek B, gdzie pęka elewacja i remontu wymaga dach. Dlatego trzeba się skoncentrować na budynku A, przede wszystkim wyremontować wszystkie instalacje i przygotować lepsze warunki pobytu chorych, m.in. sanitariaty. Tego rodzaju decyzje, odkładane przez lata, musza zapaść teraz. Od tego zależy istnienie szpitala. Trzeba też określić jego funkcje – czy ma mieć charakter zabiegowy czy zachowawczy. Na dziś są tu 4 oddziały zabiegowe – chirurgia ogólna, urazowa, urologia i ginekologia oraz położnictwo z blokiem porodowym.

Stosunkowo niedawno mówiło się o tym, że ma tu powstać oddział ratownictwa medycznego. Czy ta możliwość odpadła?

W koncepcji, nad którą teraz pracuje urząd miasta, powstanie takiego oddziału tutaj jest prawdopodobne. Może to przeważyć, jeśli mówi się o ratowaniu szpitala.

Od czego zależy powstanie takiego oddziału?

Od strony praktycznej – niezbędny jest centralny blok operacyjny, którego teraz nie ma, bo każdy z oddziałów zabiegowych ma swój własny, od zaopatrzenia w odpowiedni sprzęt do diagnostyki, w tym obrazowej, a zatem niezbędny jest także tomograf komputerowy. Koszty takiego przedsięwzięcia są ogromne, a w ustawie o ratownictwie medycznym nie ma ani słowa o tym, kto te koszty powinien ponieść.

O ile jednak wiem, oddziały ratunkowe planowane były w proporcji średnio jeden na 200 tys. mieszkańców. Na Pradze taki oddział miał powstać na Szaserów i Bródnie. Biorąc jednak pod uwagę lokalizację Szpitala Praskiego...

Nie można kierować się mechanicznym przeliczeniem na liczbę mieszkańców, bo jeżeli jest w pobliżu autostrady miejscowość, która ma 50 tys. mieszkańców i jeden szpital, jedyny w okolicy, to czy powinien tam powstać oddział ratunkowy, czy nie? Z kolei trzeba pamiętać o tym, że helikopter sanitarny może szybko dotrzeć i lądować praktycznie wszędzie. Jest inny element, przemawiający za naszym szpitalem: oddziały zabiegowe maja stałe dyżury, przez cały tydzień. Co z tego, że w szpitalu na Lindleya powstało centrum leczenia obrażeń, jeśli chirurgia urazowa dyżuruje tylko raz w tygodniu, w środę? Nie bez znaczenia jest także fakt, że pierwsze w Warszawie stale dyżurujące ambulatorium urazowe powstało właśnie tu, jeszcze w latach 70. Wprawdzie szpital ma tylko rangę „powiatowego”, ale możliwości leczenia są tu duże, powiedziałbym nawet – większe niż gdzie indziej. Opracowana została koncepcja przyszłości szpitala, z zachowaniem jego dotychczasowych funkcji. Otrzymali ją wszyscy ordynatorzy i maja się do niej ustosunkować. Sądzę, że zajmie to około miesiąca. Potem będziemy próbować to przekuwać na konkretny program. Przede wszystkim, oprócz wizji, potrzebne są pieniądze.

Jak duże?

Szacunkowy koszt modernizacji i odbudowy to 140 mln złotych: 90 mln remont i 50 mln wyposażenie.

Na razie jednak szpital wciąż traci. Zacznijmy może od wysokości kontraktów. O ile wiem, ich wartość jest niższa niż gdzie indziej?

Jest to faktem, o tyle wiadomym, że urząd miasta dokonał zbiorczego zestawienia kontraktów, porównując wartości procedur z innymi szpitalami Warszawy i województwa. Nasze kontrakty są na poziomie jednego z mniejszych szpitali powiatowych w województwie. Jest to strata. Wiedzą o tym ordynatorzy.

Dlaczego tak jest? Czy kontraktów nie można renegocjować?

Mierzmy siły na zamiary. Wyposażenie tego szpitala, sprzęt diagnostyczny i możliwości technicze niespecjalnie upoważnia do aspirowania do lepszych warunków kontraktu, mimo że pracuje u nas wybitnie wysoko kwalifikowana kadra. Jest to jednak tylko jeden element, a pacjent chce się leczyć w lepszych warunkach, niż my tu mamy. Takie kontrakty, jakie są, zostały przedłużone do końca roku jeszcze przed 1 kwietnia, czyli przed wejściem w życie Narodowego Funduszu Zdrowia. Możliwość renegocjacji zawsze istnieje, pod warunkiem jednak, że taką wolę wyrażą dwie strony, a nie jedna – czyli my. Po to jednak musi się zmienić coś, co było punktem wyjścia – czyli warunki, np. diagnostyki.

Jeśli mówimy o warunkach, to chyba jednym z istotnych problemów była likwidacja laboratorium, które było na miejscu, w szpitalu. Wiem, że były duże zastrzeżenia do wiarygodności wyników badań, wykonywanych przez prywatną firmę...

Zastrzeżenia do pracy tego laboratorium firmy ANALCO są w dalszym ciągu. Jest to jeszcze jeden element, który powoduje, że nie mamy podstaw do renegocjacji kontraktu, bo pod tym względem warunki diagnostyki się pogorszyły.

Czy nie ma możliwości wyegzekwowania jakości badań lub wypowiedzenia umowy?

Wyegzekwować próbujemy. To jednak nie tylko problem medyczny, ale także odpowiedzialności pracowników za wyniki badań, systemu pracy, standardów dobrej pracy laboratoryjnej. Niestety, ta sprawa nie została rozwiązana w umowie, która została podpisana do 2006 r. Oczywiście każdą umowę można rozwiązać, trzeba tylko zebrać odpowiednią dokumentację. Z mojego polecenia ma być w tej sprawie uzyskana opinia wojewódzkiego konsultanta ds. diagnostyki laboratoryjnej.

Jakie jest na dziś zadłużenie szpitala?

14 mln zł. I rośnie.

Dlaczego w takim razie prywatnej firmie oddano jedyny oddział, który faktycznie zasilał kasę szpitala – czyli stację hemodializ?

Nie wiem. Tak się jednak stało. Znam ordynatora stacji hemodializ dr Janusza Pukę od bardzo dawna. Z moim udziałem opracowywany był program dializoterapii i świadczeń predializacyjnych dla województwa mazowieckiego. Tych ostatnich pacjentów mają pod swoją opieką nefrolodzy na tutejszym oddziale. Problemem jest tzw. ostra dializoterapia pacjentów zatrutych. W obecności kolegów dzwoniłem do ministerstwa zdrowia, by dowiedzieć się o ewentualne zakupy dializatorów, sztucznych nerek i urządzeń do uzdatniania wody. Okazało się, że w ub. roku szpital sam z tego zrezygnował... Byłem tym mocno zaskoczony. Tu także umowa z prywatną stacją dializ jest do 2006 r. Osobiście uważam, że starą stacje dializ utrzymamy do końca roku, a potem zaczniemy od nowa – myślę, że jednym z pomysłów jest nie tylko utrzymanie całodobowej dializoterapii, ale i wprowadzenie m.in. dializ otrzewnowych.

Czy będzie Pan walczył o ten szpital?

W momencie, gdy otrzymałem odpowiedź, że szpital ma istnieć – to tak. Po to tu przyszedłem. Naprawdę, mogłem pracować gdzie indziej. Jedna osoba nie może zmienić biegu historii sama, ale w tej chwili jest atmosfera, zarówno tu, na miejscu, jak i w mieście. I to rokuje.

Rozmawiała Ewa Tucholska

10411