Prawie trzy miesiące temu opublikowaliśmy tekst pt. “Po mnie choćby potop”, który niejako zakończył okres sprawowania władzy dyrektorskiej w Szpitalu Praskim przez Barbarę Dzierżanowską. Tekst ten, który wywołał falę zarówno wyrazów poparcia, jak i protestów okazał się jednak niepełny, zwłaszcza jeśli chodzi o ilość popełnionych przez byłą już dyrektor błędów w zarządzaniu. Jednym z ich skutków jest tragiczna – i z dnia na dzień pogarszająca się – sytuacja szpitala. Właśnie o sytuacji szpitala, a także o bulwersujących mieszkańców planach likwidacji oddziału ginekologii i położnictwa oraz noworodków mówi nam w kolejnej rozmowie (poprzednia ukazała się w NGP nr 12 pt. “Przy otwartej kurtynie”) nowy dyrektor szpitala, Andrzej Koronkiewicz


Po mnie choćby potop cz.II


Zacznijmy może od najbardziej teraz nabrzmiałego problemu likwidacji oddziału ginekologii i położnictwa oraz noworodków. Gdy rozmawialiśmy nieco ponad miesiąc temu, dawał Pan nadzieję na zmianę decyzji.

Różne programy restrukturyzacji były zapowiadane od 1998 r. Do ich oceny powoływano rozmaite komisje, które proponowały działania, mające poprawić sytuację finansową. Żadna z nich nie przyniosła efektów końcowych. Ostatecznie podjęto decyzję “o restrukturyzacji przez likwidację” oddziału ginekologii, położnictwa i noworodków. Znalazło to odbicie w kontrakcie z kasą chorych, wynegocjowanym w marcu, a sygnalizowanym jeszcze w listopadzie ub.r. , który przewidywał zamknięcie oddziału we wrześniu. Dokumenty w tej sprawie zostały złożone w maju br. – zostały zaakceptowane przez Biuro Polityki Zdrowotnej Urzędu m.st. Warszawy (to jak gdyby dawny wydział zdrowia – przyp. red.).

Taka decyzja nie była uzgadniana z wojewódzkimi konsultantami ds. ginekologii i położnictwa oraz noworodków. Oboje uważają, że te oddziały są tu bardzo potrzebne...

Z formalno-prawnego punktu widzenia jest tu pewne rozejście się kompetencji. Do konsultantów należy nadzór merytoryczny, ocena jakości świadczeń zdrowotnych, ewentualne wyjaśnianie skomplikowanych przypadków z ich specjalności. Nie mają natomiast takich uprawnień jak organ założycielski, czyli teraz miasto. To właśnie ten organ tworzy i likwiduje lub przekształca oddziały czy nawet całe szpitale. Jestem przecież w stałym kontakcie z ordynatorami tych oddziałów i wiem, że była dyrektor nie kierowała do konsultantów żadnych wniosków o zajęcie stanowiska. Mimo wszystko mnie pozostało wykonanie tej decyzji.

Czy uważa Pan, że jest słuszna?

To oddzielna sprawa. Przede wszystkim pracownikom szpitala o tym nie powiedziano parę lat temu, że są takie przymiarki. Natomiast argumenty finansowe nie są do końca prawdziwe; mniej porodów to kwestia demografii, natomiast ginekologia, zarówno jako oddział, jak i punkt konsultacyjny, w ostatnim okresie znacznie przekraczają zawarty kontrakt.

Jeśli zlikwiduje się te dwa oddziały, szpital przestaje być pełnoprofilowy, a po praskiej stronie pozostaje tylko jeden taki oddział – w Szpitalu Bródnowskim, podczas gdy po lewej stronie jest ich 10.

Są szpitale również tylko jednoprofilowe, właśnie ginekologiczno-położnicze. Nie wszystkie więc muszą być pełnoprofilowe. Faktem jest jednak, że po stronie praskiej mogą wystąpić trudności w organizacji takich świadczeń. Organ założycielski (dawniej starostwo, obecnie Urząd m.st.Warszawy) był jednak o tym poinformowany i taką sytuację zaakceptował.

Czy Panu, jako lekarzowi i politykowi, nie wydaje się, że organ założycielski mógł po prostu uwierzyć opinii byłej dyrektor nie sprawdzając faktów? Mam dane, które zamieszczam w oddzielnym materiale, świadczące o manipulowaniu faktami?

Przede wszystkim nie jestem politykiem, choć uczestniczyłem w życiu politycznym. Jestem lekarzem i organizatorem. Oczywiście, jeśli są wątpliwości, należy zawczasu przeprowadzić analizę. Nikt ze Starostwa Powiatu Warszawskiego nie przeprowadził takiej analizy. Dlatego tak samo ponosi winę za te decyzje.

Czy nie ma szansy na uratowanie oddziału?

Jego istnienie może przeciągnąć w czasie brak pieniędzy na odprawy, a uratować... tylko zmiana zdania organu założycielskiego.

Przecież są inne oddziały, znacznie bardziej deficytowe!

Tak. Nawet kilkakrotnie. Należy do nich izba przyjęć, oddział intensywnej terapii, chirurgia ogólna i urazowa.... Ale nikt nawet sobie nie wyobraża, żeby zlikwidować chirurgię czy OIT.

Jaka jest zatem sytuacja szpitala na dziś?

Stan budynków jest zły. Biuro Polityki Zdrowotnej przyznało nam w ostatnich dniach 1,7 mln zł na wykonanie najpilniejszych zadań inwestycyjnych, przede wszystkim centralnej sterylizacji, centralnej tlenowni, pomieszczeń na odpady i opracowanie dokumentacji modernizacji. Jest to pewne światełko w tunelu. Dotyczy to głównie budynku A. Wręcz tragiczna jest jednak pod względem budowlanym jest sytuacja zwłaszcza najstarszego budynku B, tam właśnie, gdzie m.in. znajduje się ginekologia, położnictwo i noworodki. Praktycznie nie jest możliwe wykorzystanie go do intensywnych działań medycznych.

Czyli – zburzyć?

Może niekoniecznie aż tak. Myślę, że po adaptacji nadaje się na inną funkcję – hotelowo-ambulatoryjną. Bez bloków operacyjnych. Tę działalność trzeba przenieść do budynku A lub nowego obiektu.

Oznacza to, że można tam przenieść także ginekologię, położnictwo i noworodki, tym bardziej, że praktycznie zwolnił się oddział po stacji hemodializ. Czy uważa Pan, że decyzja o oddaniu stacji hemodializ była korzystna dla szpitala?

Zupełnie nie. Uważam, że to był błąd. Stacja hemodializ przynosiła miesięcznie około 330 tys. zł do kasy szpitala. Od 1 lipca tych pieniędzy już nie ma, gdyż funkcje naszego oddziału przejęła stacja firmy Euromedic, zresztą na naszym terenie, w wyremontowanych przez nich pomieszczeniach po byłym laboratorium. Za podobny błąd uważam likwidację naszego laboratorium i zakup usług tego rodzaju na zewnątrz. Takie działania, owszem, podejmuje się z powodzeniem na świecie, ale wtedy, gdy placówka ma wystarczającą ilość pieniędzy na bieżące potrzeby.

Jaka jest sytuacja finansowa na dziś?

Na koniec lipca było 19 mln złotych zadłużenia. I z dnia na dzień rośnie lawinowo.

Przecież dwa miesiące temu, gdy rozmawialiśmy, było o 5 mln mniej?

Trzeba było przeksięgować należności wobec pracowników z powodu niezrealizowanej ustawy 203 zł, naliczyć zakładowy fundusz socjalny. Zadłużenie narasta z dynamiką ok. 1,5 mln zł kwartalnie. Grozi nam wstrzymanie dostaw leków, sprzętu jednorazowego użytku, materiałów opatrunkowych i nici chirurgicznych. Są niezapłacone faktury jeszcze z 2001 roku. Komornik zajął wszystkie pieniądze na koncie szpitala – 552 tys. zł. Bardzo nam tu zaszkodziła m.in. utrata stacji hemodializ, bo przynajmniej był to gwarantowany dopływ pieniędzy.

Ta sytuacja potwierdza, że podejmowane były złe decyzje finansowe przez poprzednią dyrekcję szpitala.

Byłbym bardziej ostrożny w ocenie. Wina leży także po stronie ówczesnego organu założycielskiego, czyli starostwa. Faktem jest jednak, że wiele decyzji związanych z kondycją finansową szpitala było błędnych. To zarówno stacja hemodializ i sprawa laboratorium, jak i niezrozumiała dla mnie decyzja o funkcjonowaniu na terenie szpitala kliniki okulistycznej, która jest własnością akademii medycznej. Tylko z powodu braku opłaty za czynsz szacunkowe straty szpitala od 2000 roku sięgają 1 mln zł.

Twierdzi Pan, że spośród szpitali “miejskich” Szpital Praski ma największy deficyt w Warszawie. Czy oprócz błędów zarządzaniu są jeszcze przyczyny obiektywne?

Owszem. Z racji swego położenia mamy bardzo wielu pacjentów bezdomnych, obcokrajowców i po prostu nie ubezpieczonych. Znacznie więcej, niż jakikolwiek inny szpital. Straty z tego tytułu sięgają 3 mln zł. Część z nich, być może, uda się odzyskać: wystąpiliśmy już do ośrodków pomocy społecznej o zwrot kosztów leczenia bezdomnych. Pozostałym powinniśmy po prostu odmawiać leczenia. Nikt jednak sobie tego po prostu nie wyobraża. Może organ założycielski też to weźmie pod uwagę?

Rozmawiała Ewa Tucholska
10541