|
Kargul, podejdź no ... To nie jest w sensie dosłownym spór o miedzę. Sprawa jest dużo bardziej bulwersująca. Białołęcki radny PiS, Stefan Sosnowski pozbawił drogi dojazdowej swoich sąsiadów, a ściślej pozostawił im dojazd gliniastą ścieżką skręcającą pod kątem 90 st. Powołując się na prawo własności gruntu zanegował prawo sąsiadów będących posiadaczami samoistnymi gruntu przy Kątach Grodziskich 97a do łączności ich działki z drogą publiczną. 2,5-metrową ścieżką nie dotrze na posesję ani samochód wywożący śmieci ani samochód wywożący szambo, nie wjedzie tu straż pożarna ani ambulans. 965-metrową działkę sąsiadującą z nieruchomością Stefana Sosnowskiego zamieszkuje osiemnaście osób. Właścicielem gruntu był zmarły w 1969 roku Jan Dąbrowski, od ponad 35 lat osobami władającymi działką są Wanda Dzimidko i Piotr Papaczek. – Moja matka i wuj są posiadaczami samoistnymi. Wnosimy wszelkie opłaty, świadczenia publiczne i podatek od nieruchomości. Pan Sosnowski nie uznaje żadnej własności poza swoją. Poziom wiedzy pana radnego nie pozwala na zrozumienie pojęć takich jak droga konieczna czy posiadacz samoistny. Sądząc po reakcji na wyrok sądu, który zakazał Stefanowi Sosnowskiemu dalszej budowy, a ten nie zastosował się do nakazu, jasno wynika, że jego znajomość kodeksu cywilnego ogranicza się do pojęcia: jestem właścicielem – mówi Irena Dąbrowska, jedna z mieszkanek nieruchomości przy Kątach Grodziskich 97a. 31 maja tego roku słowo stało się ciałem – wczesnym rankiem Stefan Sosnowski zawalił gruzem drogę łączącą nieruchomość sąsiadów z drogą publiczną uzasadniając, że nie mają tytułu prawnego do nieruchomości i nie należy się im w związku z tym droga dojazdowa. – A tak się cieszyliśmy kiedy Stefan Sosnowski zaczął budować dom w naszym sąsiedztwie. Myśleliśmy, że będziemy mieli porządnego sąsiada – radnego, członka solidnej partii. Nic bardziej mylącego. Pan Sosnowski nie bierze pod uwagę, że przepisy nakazują pozostawienie drogi dojazdowej szerokiej na sześć metrów. Z punktu widzenia czysto ludzkiej etyki to, co zgotował nam pan radny jest niegodziwością. Mój ojciec jest bardzo chory, konieczne są pobyty w szpitalu – nie wyobrażam sobie jak dwie kobiety będą go niosły do samochodu. Ogrzewamy węglem i drzewem – jak będziemy przenosić węgiel? Gdzie zrzucą go dostawcy? – mówi Jolanta Papaczek, inna mieszkanka nieruchomości przy Kątach Grodziskich. Pozbawieni właściwej drogi dojazdowej mieszkańcy monitowali gdzie się dało – wysłali nawet pismo do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Minęły trzy miesiące i nic. Na ostatniej sesji rady dzielnicy Białołęka dramatycznie nawoływali o sprawiedliwość. Tymczasem Stefan Sosnowski nie zważając na wyrok sądu ogradzał swoją nieruchomość. – Na początku września zobaczyłam robotników stawiających płot i żonę radnego Sosnowskiego. Zapytałam dlaczego nie respektuje postanowienia sądu. Odpowiedziała, że to nie jej, ale mężowi sąd zakazał kontynuowania prac budowlanych. Takie to jest właśnie rozumienie prawa przez rodzinę Stefana Sosnowskiego. Jeśli tak pojmują prawo synowa – radna na Targówku i syn – burmistrz Pragi Północ to można tylko pogratulować – mówi Irena Dąbrowska. Poprosiliśmy Stefana Sosnowskiego by odpowiedział na zarzuty sąsiadów. - Nie rozumiem o co chodzi sąsiadom - mają przecież drogę dojazdową. To nieprawda, że nie przejedzie nią wóz wywożący szambo czy śmieci. Gdyby moi sąsiedzi zechcieli przesunąć swoje ogrodzenie uzyskaliby drogę szeroką na trzy metry. Nie są właścicielami działki, na której pobudowali nielegalne budynki - jest na nie nakaz rozbiórki. Mój teść w dobroci serca dał tej rodzinie kawałek swojej ziemi - teraz mieszka tam osiemnaście osób. Jestem szykanowany, dzieci rzucają kamieniami w mój dom, grożono że dom będzie podpalony, a ja nie ujdę z życiem. Złożyłem doniesienie do prokuratury. To nieprawda, że budowałem dalej choć sąd mi tego zakazał. Moja żona dopilnowała tylko dokończenia budowy ogrodzenia - ze względu na bezpieczeństwo rodziny. Najchętniej wyniósłbym się stamtąd - nasyłają na mnie nadzór budowlany, szykanują na każdym kroku. Ale jest to moja własna działka, włożyłem w budowę domu tyle pracy. Teraz mam przestój, nie będę mógł skorzystać z ulgi budowlanej, od przyszłego roku będę płacił więcej za materiały budowlane bo do 22 proc. wzrośnie vat. Nie mam zamiaru się poddać, w przyszłym tygodniu zakładam sprawę przeciwko sąsiadom. Chciałoby się, by jak w komedii Chęcińskiego antagoniści padli sobie w objęcia i zakończyli spór, ale życie to nie komedia, a tego typu sprawy rzadko kończą się happy endem. A sprawiedliwość po polsku jest wielce nierychliwa.
Elżbieta Gutowska
|