|
Dwa testamenty cz. 1-9
Lakoniczny testament Florentyny Krzeszewskiej z grudnia 1982 roku pociągnął za sobą lawinę zdarzeń niezwykle szczęśliwych dla jej spadkobiercy. Na mocy postanowienia Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi z 30 kwietnia 1996 roku niebagatelny majątek po zmarłej przypadł jej bratankowi Mirosławowi Krzeszewskiemu. Z pewnością majątek zostałby przejęty bez przeszkód w całości, gdyby nie fakt, iż był drugi testament. Florentyna Krzeszewska spisała go w 1979 i jest to - jak mówi bratanica spadkobierczyni - z pewnością testament autentyczny. W przeciwieństwie do testamentu przedstawionego w sądzie przez rzekomego spadkobiercę. W postępowaniu prowadzonym przez Prokuraturę Rejonową Praga Północ stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że testament ów został sfałszowany. Według biegłych porównujących różne dokumenty pisane ręką Florentyny Krzeszewskiej zapisy testamentu przedstawionego przez Mirosława Krzeszewskiego zostały spreparowane na podstawie jej autentycznego podpisu z maja 1922 roku! Testament został więc sporządzony ręką osoby stosunkowo młodej. Zapisy drugiego testamentu z 1979 roku są w sposób ewidentny dokonane ręką osoby w podeszłym wieku - chwiejne pismo, nieregularności, niepewne prowadzenie kreski. Porównanie z próbkami pisma Florentyny Krzeszewskiej - książeczki opłat za najem lokalu, kartki pocztowe, pisma urzędowe z lat 70. i 80. jednoznacznie wskazują, że testament z 1982 roku został sfałszowany. Na podstawie analiz porównawczych z próbkami pisma Mirosława Krzeszewskiego biegli wykluczyli by to on dokonał fałszerstwa. Bratanica Florentyny Krzeszewskiej (pragnąca zachować anonimowość) mieszkająca z nią przez blisko 20 lat była w posiadaniu testamentu ciotki z 1979 roku. Cały majątek został zapisany instytucjom kościelnym. Bratanica zmarłej nigdy nie słyszała o Mirosławie Krzeszewskim i nigdy nie widziała go u ciotki. Dla ścisłości warto dodać, że cząstkowe prawo do spadku nabyli również Jerzy Krzeszewski i Krystyna Lubocha. O tych osobach również nic nie wie bratanica Florentyny Krzeszewskiej. Cała ta bulwersująca historia nigdy nie ujrzałaby światła dziennego gdyby nie Hanna Mochecka, radna PiS z Targówka i mieszkańcy domów przy Tykocińskiej 28, 30, 36, 38, 40. To oni odnaleźli po latach bratanicę Florentyny Krzeszewskiej i testament zmarłej przekazujący domy przy Tykocińskiej 30, 36 i 38 zgromadzeniom zakonnym. Zmarła w biedzie - jedyną bliską osobą będącą przy niej do końca była bratanica. Na podstawie sfałszowanego testamentu Mirosław Krzeszewski zdołał przejąć dwa budynki przy Tykocińskiej - numery 30 i 40 - bez kilku mieszkań wykupionych na własność przez najemców. - Bardzo dziwi nas pospieszne oddanie budynków przez dotychczasowego zarządcę - Administrację Domów Komunalnych Targówek, nie byliśmy o niczym informowani, to spadło na nas jak grom z jasnego nieba. Nie przeprowadzono nawet inwentaryzacji architektonicznej - mówią mieszkańcy przejętych budynków. Z drugiej strony trudno się dziwić, że budynki przekazano, wszak nakazywała to decyzja Burmistrza Gminy Warszawa Targówek z 6 czerwca 2002. Mirosław Krzeszewski uzyskał tę decyzję powołując się na postanowienie sądu o nabyciu spadku. Sąd opierał się jak wiadomo na sfałszowanym testamencie. Hanna Mochecka zawiadamiając prokuraturę o sfałszowaniu testamentu Florentyny Krzeszewskiej powstrzymała ekspansję rzekomego spadkobiercy. - Nie mogłam spokojnie patrzeć na dziejącą się niesprawiedliwość, choć mnie ta sprawa osobiście nie dotyczy. Zdążyłam wykupić swoje mieszkanie, jak kilku innych lokatorów. Gdyby mieszkańcy przejętych budynków wiedzieli co się święci, nie robiliby zapewne kosztownych remontów swoich mieszkań w 2002 roku. W ten sposób zrobili prezent nowemu właścicielowi podnosząc wartość budynku, a w przyszłości z tego tytułu mogą się liczyć z podwyżką czynszu. Wielu lokatorów to ludzie starzy, niezamożni - nie będą w stanie udźwignąć wyższych kosztów najmu - mówi Hanna Mochecka. Mieszkańcy mówią o arogancji nowych właścicieli, szczególnie żony Mirosława Krzeszewskiego, Ireny. Na spotkanie lokatorów z nowymi właścicielami nie zostali zaproszeni członkowie wspólnoty mieszkaniowej - to ci, którzy wykupili lokale na własność. Mieszkańcy otrzymali nowe umowy - część pochopnie je podpisała. - Powstrzymałam się od podpisania tej umowy kiedy ją przeczytałam i poinformowałam sąsiadów, by tego nie robili. Okazało się, że moje obawy były zasadne. Wystosowałam pismo do Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast z zapytaniem czy nowi właściciele mają prawo unieważniać nasze umowy najmu zawarte na czas nieoznaczony. Z otrzymanej przeze mnie odpowiedzi jasno wynika, że takiego prawa nie mają. Obowiązujący Kodeks Cywilny i Ustawa z 21 czerwca 2001 roku o ochronie praw lokatorów regulują sytuację najemców w szczególny sposób - czynsz regulowany za zajmowane lokale przewiduje ograniczenie wysokości czynszu do 3 proc. wartości odtworzeniowej lokalu w stosunku rocznym. Co by się stało gdybyśmy - ja i moi sąsiedzi - podpisali nowe umowy? Łatwo się domyślić. Nasze czynsze mogłyby rosnąć bez ograniczeń. A tak przynajmniej jesteśmy chronieni do końca tego roku - mówi Barbara Grzeszykowska, jedna z mieszkanek budynku przy Tykocińskiej 40. Jak mówią mieszkańcy, pazerność Mirosława Krzeszewskiego jest ogromna. Na podstawie sfałszowanego testamentu zdołał również przejąć zabytkowy grobowiec rodziny Krzeszewskich na Cmentarzu Bródzieńskim, próbował uzyskać odszkodowanie za dwie nieruchomości przy Hożej i Wspólnej należące niegdyś do Rocha Krzeszewskiego, męża Florentyny Krzeszewskiej. Odszkodowania nie uzyskał, bowiem zażądał zbyt dużej kwoty. Testament będący w posiadaniu Mirosława Krzeszewskiego, rzekomego spadkobiercy Florentyny Krzeszewskiej jest bez wątpienia sfałszowany - wynika to niezbicie z treści postanowienia Prokuratury Rejonowej Praga Północ. Mirosław Krzeszewski nabył co prawda spadek - m.in. budynki przy Tykocińskiej 30 i 40 - prawomocnym wyrokiem sądu, ale w oparciu o sfałszowany dokument. 25 lutego w V Wydziale Karnym Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy odbędzie się pierwsza rozprawa w kwestii fałszerstwa. Krzysztof Wojtalewicz, prokurator prowadzący postępowanie, zapytany o sprawę testamentu poprosił o cierpliwość do czasu zakończenia postępowania sądowego. - Dla dobra sprawy chciałbym wstrzymać się na razie od wszelkich komentarzy, z przyjemnością służę wszelkimi wyjaśnieniami po zakończeniu postępowania sądowego - powiedział. Zapytany o pośpieszne - zdaniem mieszkańców - przekazanie Mirosławowi Krzeszewskiemu budynków przy Tykocińskiej 30 i 40 przez Administrację Domów Komunalnych Targówek z Gościeradowskiej, Stefan Łakomy, dyrektor tejże przekazał nam przez swoją urzędniczkę lakoniczną informację o braku wiedzy na powyższy temat, uzasadniając, że stanowisko zajmuje od niedawna. W sprawie pojawiły się nowe elementy, które stopniowo będziemy wyjaśniać. Z książeczek opłat czynszowych mieszkańców zniknęło nazwisko Mirosław Krzeszewski, pozostał jedynie numer konta. Mieszkańcy wystosowali zapytanie w tej sprawie do Ogólnopolskiego Ruchu Ochrony Interesów Lokatorów, gdzie uzyskali informację, że jest to sytuacja dość kuriozalna. My również zapytaliśmy o tę kwestię pracowników OROIL informując zarówno o zniknięciu z książeczek nazwiska Krzeszewski jak i o pojawieniu się tajemniczego Piotra Wołosiaka, którego status jest niejasny - nie wiadomo, czy jest on kimś w rodzaju plenipotenta rodziny Krzeszewskich czy też ich totumfackim, bowiem to on ostatnio kontaktuje się z mieszkańcami Tykocińskiej 30 i 40. Pracownicy OROIL poradzili lokatorom, by wystosowali pismo do administratorów, których siedziba mieści się na Saskiej Kępie i zażądali zorganizowania zebrania, przedstawienia wiarygodnych dokumentów, z których wynikałoby jasno, kto jest właścicielem budynków. Kolejnym nowym elementem w sprawie jest informacja, że budynki zostały przekazane Mirosławowi Krzeszewskiemu bez gruntu, na którym są posadowione! I tę sprawę będziemy wyjaśniać. Udało nam się również odbyć krótką rozmowę telefoniczną z Ireną, żoną Mirosława Krzeszewskiego. Nie padły żadne konkrety poza obwinianiem mieszkańców Tykocińskiej i radnej Hanny Mocheckiej o nieuzasadniony atak na rodzinę Krzeszewskich. Trzeba oddać sprawiedliwość - bez inwektyw pod adresem NGP, aczkolwiek z wielokrotnie podejmowaną próbą uzyskania od nas źródeł informacji. Oczywiście bez powodzenia. Mamy od Ireny Krzeszewskiej obietnicę spotkania i wyjaśnienia sprawy w najbliższym czasie. Irena i Mirosław Krzeszewscy nie są mieszkańcami Warszawy. Dziś zamierzaliśmy opowiedzieć Czytelnikom, skąd wziął się fałszywy testament Florentyny Krzeszewskiej i jak doszło do przejęcia przez Mirosława Krzeszewskiego dwóch budynków mieszkalnych przy Tykocińskiej 30 i 40. Niestety, mimo obietnicy spotkania, złożonej telefonicznie przez Irenę Krzeszewską, żonę rzekomego spadkobiercy, do spotkania nie doszło. Kolejna rozmowa telefoniczna, mająca wyjaśnić dlaczego tak się stało, miała przebieg zgoła odmienny od poprzedniej. Oto co powiedziała Irena Krzeszewska. - Nie mam pani nic do powiedzenia. Byłam w Warszawie, ale nie chciałam się z panią spotkać. Pani wymieniła nasze nazwiska i nawet tych nieboszczyków co są w grobie. Niech pani do mnie więcej nie dzwoni. Jeszcze się spotkamy. To ostatnie zdanie zabrzmiało jak groźba, a groźby w polskim prawodawstwie są karalne. Nie miałam powodu nie wymieniać nazwisk spadkobierców - nie są póki co o nic oskarżeni, a postępowanie sądowe w kwestii fałszerstwa rozpoczyna się dziś, 25 lutego. Nie oskarżyłam nikogo o sfałszowanie dokumentu, skonstatowałam jedynie, że jest on fałszywy, posiłkując się wnioskiem prokuratury. Niewiele wyjaśniło się również jeśli chodzi o kwestię gruntu, na którym posadowione są budynki przy Tykocińskiej 30 i 40. Czekam na odpowiedź rzecznika prasowego Urzędu m.st. Warszawy na pytanie czy prawdą jest, że budynki zostały przekazane Mirosławowi Krzeszewskiemu bez gruntu. Sprawa o sfałszowanie testamentu Florentyny Krzeszewskiej nie odbyła się w zapowiadanym terminie 25 lutego. Zabrakło Mirosława Krzeszewskiego, rzekomego spadkobiercy, będącego w posiadaniu fałszywego testamentu. W sądzie pojawiła się jego żona Irena, przedstawiając zwolnienie lekarskie męża. Na rozprawę stawiło się dwudziestu mieszkańców domów przy Tykocińskiej 30 i 40. Za pośrednictwem Biura Rzecznika Prasowego otrzymaliśmy odpowiedź z Biura Gospodarki Nieruchomościami, Geodezji i Katastru Urzędu m.st. Warszawy w kwestii stanu prawnego budynku przy Tykocińskiej 40 przejętego przez Mirosława Krzeszewskiego na podstawie sfałszowanego testamentu Florentyny Krzeszewskiej, właścicielki tego i innych domów przy Tykocińskiej. Oto odpowiedź. Z dokumentów, znajdujących się w przedmiotowych aktach własnościowych wynika, iż sprawa podrobienia testamentu Florentyny Krzeszewskiej została zakończona aktem oskarżenia skierowanym przeciwko Mirosławowi Krzeszewskiemu o czyn z art. 270 § 1 K.K. Powyższy akt oskarżenia przeciwko Mirosławowi Krzeszewskiemu w dniu 12 listopada 2003 roku został skierowany do Sądu Rejonowego dla Warszawy - Pragi III Wydział Karny. Zakończenie sprawy sądowej pozwoli na ustalenie sprawców fałszerstwa testamentu dawnej właścicielki Florentyny Krzeszewskiej oraz na ustaleniu stron tego postępowania. W związku z powyższym Prezydent m. st. Warszawy - postanowieniem Nr 19/2004 z dnia 22 stycznia 2004 roku zawiesił postępowanie o ustanowienie prawa użytkowania wieczystego do gruntu przy ul. Tykocińskiej 30, 36, 38 i 40 - do czasu zakończenia sprawy sądowej. Decyzją Nr 94/02 z dnia 16 lipca 2002 roku Burmistrz Gminy Warszawa Targówek ustanowił na rzecz Mirosława Krzeszewskiego użytkowanie wieczyste do gruntu przy ul. Tykocinskiej 30, na podstawie której został zawarty akt notarialny. Decyzją Nr 83/02 z dnia 06 czerwca 2002 roku Burmistrz Gminy Warszawa - Targówek ustanowił na rzecz Mirosława Krzeszewskiego, Jerzego Krzeszewskiego i Krystyny Lubocha użytkowanie wieczyste do gruntu przy ul. Tykocinskiej 40, na podstawie której został zawarty akt notarialny. Ewentualne wydanie wyroku przez sąd umożliwi wznowienie postępowania w tej sprawie oraz wzruszenie decyzji wydanych przez Burmistrza Gminy Warszawa - Targówek. Przypominamy Czytelnikom, że 25 lutego nie odbyła się w V Wydziale Karnym Sądu Rejonowego rozprawa w kwestii fałszerstwa testamentu ze względu na nieobecność Mirosława Krzeszewskiego. 26 marca odbędzie się kolejna rozprawa. O wynikach poinformujemy. Na majowej rozprawie dotyczącej fałszerstwa testamentu Florentyny Krzeszewskiej zeznawali oskarżony Mirosław K., jego żona Irena i Jolanta Kisielewska, bratanica testatorki. Przypominamy, że Mirosław K. wszedł w posiadanie dwóch kamienic przy Tykocińskiej 30 i 40 posługując się fałszywym dokumentem. Jolanta Kisielewska była w posiadaniu właściwego testamentu zmarłej, w myśl którego nieruchomości przy Tykocińskiej zapisała instytucjom kościelnym. Budynki nie mogły być przekazane zakonom, ponieważ testament został spisany w 1979, kiedy nikomu nawet się nie śniło o reprywatyzacji. Budynkami administrował Zarząd Nieruchomości Komunalnych Targówek. W swoich zeznaniach oskarżony poinformował, że zmarła była dla niego żoną brata jego dziadka, że utrzymują się z żoną z niskich świadczeń emerytalnych, posiadają dom i samochód. Zapytany, co zrobił z pieniędzmi ze sprzedaży wielomieszkaniowego budynku przy Tykocińskiej 30 odpowiedział, że dom sprzedał zięciowi za 120 tys. zł! To dość horrendalne stwierdzenie zważywszy, że tyle jest warte małe mieszkanie w stolicy, a mieszkań przy Tykocińskiej 30 jest wiele. Jak twierdził, pieniądze przeznaczył na leczenie i remont drugiej kamienicy (Tykocińska 40, współwłasność oskarżonego, jego siostry i brata - podstawa nabycia, ten sam sfałszowany testament), która - notabene - jest w doskonałym stanie, po remoncie kapitalnym wykonanym przez ZNK i remontach lokali wykonanych przez samych mieszkańców. Opowiedział, w jakich okolicznościach otrzymał testament w 1982 roku, że miał doń stosunek wyłącznie emocjonalny, bowiem rzekomo uważał wówczas, że nie będzie mógł zrobić z niego użytku. Testament schował do szuflady i przechowywał jako cenną pamiątkę, choć żona doradzała mu, by wyrzucił dokument. Zapewniał, że odwiedzał ciotkę Florentynę kilka razy w roku, ale nie umiał dokładnie opisać gdzie i jakie sprzęty znajdowały się w jej mieszkaniu, nie umiał powiedzieć czy ciotka była wierząca (była wyjątkowo bogobojna), nigdy nie widział nikogo w jej domu, choć bratanica Jolanta Kisielewska regularnie odwiedzała ciotkę. Nie wiedział o istnieniu bratanicy zmarłej. Twierdził, że nigdy nie pisał listów do ciotki, za to gościł kilkakrotnie ją i jej męża Rocha w swoim domu, w czasie wakacji. Jak mówił - kiedy ciotka wręczyła mu testament w 1982 roku powiedziała, że planuje zamieszkać w domu opieki w Radości, by nie obciążać nikogo swoją starością. Będąc rzekomo tak blisko z ciotką Mirosław K. nie był na jej pogrzebie! Twierdził, że przyjechał do domu opieki w Radości dzień po tej ceremonii i dowiedział się, że pochówku dokonała Jolanta Kisielewska - to wówczas dowiedział się o jej istnieniu. Gdyby to nie było tak żałosne, może byłoby śmieszne. Mirosław K. powiedział sądowi, że ciotka miała pretensję do księdza, że pochował ją na Cmentarzu Powązkowskim, nie zaś na Bródzieńskim! Zapytany, dlaczego dopiero w roku 1996 rozpoczął starania o spadek po Florentynie Krzeszewskiej (testament leżał przecież w szufladzie od 1982 roku) tłumaczył mętnie, że dopiero w 1983 czy 1988 (nie umiał dokładnie powiedzieć) zaczął bywać na zebraniach Związku Kamieniczników i tam dowiedział się, jak rozpocząć działania w kierunku nabycia spadku. Powiedział też, że nie dysponuje żadnymi pamiątkami po ciotce. Żona oskarżonego podała zupełnie inne okoliczności (bardzo dramatyczne i romantyczne - mroźna noc, pusta ulica i testament odczytywany w świetle latarni ulicznej), w których mąż zaprezentował jej testament Florentyny Krzeszewskiej, choć ciotkę męża widziała raz, z daleka, twierdziła, że była bardzo wierząca, modliła się z różańcem. Na pytanie sądu, skąd o tym wie wypaliła, że mówił jej o tym oskarżony! Twierdziła również, że mąż wysyłał do ciotki karty świąteczne. Spotkania w Związku Kamieniczników datowała inaczej niż mąż - na rok 1985 lub 1987. Zapytana, jakie pieniądze mąż otrzymał ze sprzedaży kamienicy odpowiedziała - małe. Na pytanie sądu co można za te środki nabyć odpowiedziała - niedużo. Oboje z oskarżonym twierdzili, że budynki to ruiny, że mieszkają w nich starzy i ubodzy ludzie, którzy nie płacą czynszów. Na zakończenie zeznawała Jolanta Kisielewska, bratanica zmarłej. To był prawdziwy odpoczynek. Spokojne, konkretne i pewne odpowiedzi. Powiedziała, że ciotka była osobą bardzo wierzącą i dobrą. Wychowywała ją właściwie, bo jej rodzice byli niezasobni, a miała jeszcze dwie siostry. Jolanta Kisielewska nigdy nie widziała w domu ciotki oskarżonego i nie słyszała o nim. Był tylko jeden testament Florentyny Krzeszewskiej - ten z 1979 roku. Gdyby było inaczej ciotka powiedziałaby jej o tym, bowiem miały ze sobą niemal codzienny kontakt. Z pewnością nie zmieniłaby testamentu, w którym przekazywała swój majątek instytucjom kościelnym. Jolanta Kisielewska bardzo dokładnie opisała mieszkanie ciotki - ten opis zupełnie się nie zgadzał z opisem oskarżonego. Powiedziała, że podpis na rzekomym testamencie ciotki z 1982 roku jest ewidentnie sfałszowany. Pisany jest ręką młodej osoby i jest wzorowany na podpisie ciotki z lat dwudziestych. W latach osiemdziesiątych podpis Florentyny był drżący i rozchwiany, charakterystyczny dla sędziwego wieku. Nie widziała nigdy u ciotki żadnej korespondencji od oskarżonego, ciotka nie wyjeżdżała z Warszawy, więc nie mogła również gościć u oskarżonego. Mirosław K. nie odwiedzał Florentyny w domu opieki w Radości, dyrektor placówki informował Jolantę Kisielewską o wszystkich wizytach gości. Przypominamy, że Mirosław K. wszedł w posiadanie dwóch kamienic przy Tykocińskiej 30 i 40 posługując się fałszywym testamentem ciotki Florentyny Krzeszewskiej. To, iż cała sprawa znalazła swój finał w sądzie należy zawdzięczać dociekliwości i bezkompromisowości Hanny Mocheckiej, radnej Prawa i Sprawiedliwości z Targówka. To ona z pomocą lokatorów obu kamienic zdobywała dowody i cenne informacje. Dziwić może niefrasobliwość z jaką instytucje odpowiedzialne za tak duży majątek pozbyły się go na rzecz oskarżonego. Kolejna rozprawa udowodniła, jak wiele nieścisłości i co najmniej półprawd znajduje się w zeznaniach oskarżonego i jego żony. Jolanta Kisielewska, bratanica Florentyny Krzeszewskiej była w posiadaniu właściwego testamentu zmarłej, spisanego w 1979 roku, w myśl którego nieruchomości przy Tykocińskiej zapisała instytucjom kościelnym. Według biegłych porównujących różne dokumenty pisane ręką testatorki zapisy testamentu przedstawionego przez Mirosława K. (spisanego rzekomo w 1982 roku i wręczonego mu w tajemniczych okolicznościach) zostały spreparowane na podstawie autentycznego podpisu Florentyny Krzeszewskiej z maja 1922 roku. Testament został więc sporządzony ręką osoby stosunkowo młodej. Zapisy drugiego testamentu z 1979 roku są ewidentnie dokonane ręką osoby w podeszłym wieku - chwiejne pismo, nieregularności, niepewne prowadzenie kreski. Mimo iż ekspertyza została wykonana przez biegłych sądowych nowy adwokat oskarżonego Mirosława K. wystąpił o kolejną ekspertyzę grafologa, podważając autentyczność testamentu będącego w posiadaniu Jolanty Kisielewskiej. Zeznający na rozprawie ks. Marian Graczyk poinformował, że z Florentyną Krzeszewską miał ustawiczny kontakt aż do jej śmierci w domu opieki w Radości i nigdy nie widział u zmarłej oskarżonego ani jego żony (oskarżony zeznał, że z ciotką widywał się często - ba, wielokrotnie zapraszał ją do swojego domu na czas wakacji), zmarła nigdy nie mówiła mu również o Mirosławie K., a chętnie opowiadała o innych członkach rodziny. Florentyną Krzeszewską zajmowała się wyłącznie bratanica Jolanta Kisielewska. W następnej kolejności zeznania złożyła Hanna Mochecka potwierdzając, że przy Tykocińskiej mieszka od urodzenia - a to już ponad pół wieku - znała dobrze Florentynę Krzeszewską, wie, że odwiedzały ją wyłącznie bratanice, była i jest zaprzyjaźniona z jedną z nich - Jolantą Kisielewską. Potwierdziła, że testatorka była osobą bardzo wierzącą - odwiedzali ją księża i siostry, wysyłała paczki do kościelnych organizacji charytatywnych. Hanna Mochecka poinformowała sąd, że rodzice mówili jej, iż Florentyna Krzeszewska zamierza przekazać nieruchomości przy Tykocińskiej na rzecz instytucji kościelnych. Następna rozprawa odbędzie się 21 października. Będziemy zdawać relację z jej przebiegu. (egu) Przypominamy, że Mirosław K. wszedł w posiadanie dwóch kamienic przy Tykocińskiej 30 i 40 posługując się fałszywym testamentem ciotki Florentyny Krzeszewskiej. To, iż cała sprawa znalazła swój finał w sądzie należy zawdzięczać dociekliwości i bezkompromisowości Hanny Mocheckiej, radnej Prawa i Sprawiedliwości z Targówka. To ona z pomocą lokatorów obu kamienic zdobywała dowody i cenne informacje. Dziwić może niefrasobliwość z jaką instytucje odpowiedzialne za tak duży majątek pozbyły się go na rzecz oskarżonego. Kolejna rozprawa udowodniła, jak wiele nieścisłości i co najmniej półprawd znajduje się w zeznaniach oskarżonego i jego żony. Jolanta Kisielewska, bratanica Florentyny Krzeszewskiej była w posiadaniu właściwego testamentu zmarłej, spisanego w 1979 roku, w myśl którego nieruchomości przy Tykocińskiej zapisała instytucjom kościelnym. Według biegłych porównujących różne dokumenty pisane ręką testatorki zapisy testamentu przedstawionego przez Mirosława K. (spisanego rzekomo w 1982 roku i wręczonego mu w tajemniczych okolicznościach) zostały spreparowane na podstawie autentycznego podpisu Florentyny Krzeszewskiej z maja 1922 roku. Testament został więc sporządzony ręką osoby stosunkowo młodej. Zapisy drugiego testamentu z 1979 roku są ewidentnie dokonane ręką osoby w podeszłym wieku - chwiejne pismo, nieregularności, niepewne prowadzenie kreski. Mimo iż ekspertyza została wykonana przez biegłych sądowych nowy adwokat oskarżonego Mirosława K. wystąpił o kolejną ekspertyzę grafologa, podważając autentyczność testamentu będącego w posiadaniu Jolanty Kisielewskiej. Zeznający na rozprawie ks. Marian Graczyk poinformował, że z Florentyną Krzeszewską miał ustawiczny kontakt aż do jej śmierci w domu opieki w Radości i nigdy nie widział u zmarłej oskarżonego ani jego żony (oskarżony zeznał, że z ciotką widywał się często - ba, wielokrotnie zapraszał ją do swojego domu na czas wakacji), zmarła nigdy nie mówiła mu również o Mirosławie K., a chętnie opowiadała o innych członkach rodziny. Florentyną Krzeszewską zajmowała się wyłącznie bratanica Jolanta Kisielewska. W następnej kolejności zeznania złożyła Hanna Mochecka potwierdzając, że przy Tykocińskiej mieszka od urodzenia - a to już ponad pół wieku - znała dobrze Florentynę Krzeszewską, wie, że odwiedzały ją wyłącznie bratanice, była i jest zaprzyjaźniona z jedną z nich - Jolantą Kisielewską. Potwierdziła, że testatorka była osobą bardzo wierzącą - odwiedzali ją księża i siostry, wysyłała paczki do kościelnych organizacji charytatywnych. Hanna Mochecka poinformowała sąd, że rodzice mówili jej, iż Florentyna Krzeszewska zamierza przekazać nieruchomości przy Tykocińskiej na rzecz instytucji kościelnych. Następna rozprawa odbędzie się 21 października. Będziemy zdawać relację z jej przebiegu. Nie zapadł wyrok w bulwersującej sprawie, którą opisujemy na naszych łamach od miesięcy. Byliśmy pierwszą gazetą, która towarzyszyła mieszkańcom ulicy Tykocińskiej w ich zmaganiach z fałszywym spadkobiercą. Nieocenionym źródłem informacji i spiritus movens przedsięwzięcia jest Hanna Mochecka, radna PiS z Targówka. Przypomnijmy pokrótce fakty. Testament Florentyny Krzeszewskiej z grudnia 1982 roku pociągnął za sobą lawinę zdarzeń niezwykle szczęśliwych dla jej spadkobiercy. Na mocy postanowienia Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi z 30 kwietnia 1996 roku niebagatelny majątek po zmarłej przypadł jej bratankowi Mirosławowi K, który jak dotąd wszedł w posiadanie dwóch kamienic przy Tykocińskiej 30 i 40. Z pewnością pozostały majątek mógłby być przejęty bez przeszkód w całości gdyby nie fakt, iż był drugi testament. Florentyna Krzeszewska spisała go w 1979 i jest to - jak mówi Jolanta Kisielewska, bratanica testatorki - z pewnością testament autentyczny. W myśl dokumentu, nieruchomości przy Tykocińskiej zostały zapisane przez zmarłą instytucjom kościelnym. W postępowaniu prowadzonym przez Prokuraturę Rejonową Praga Północ stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że testament przedstawiony przez Mirosława K. został sfałszowany. Według biegłych porównujących różne dokumenty pisane ręką Florentyny Krzeszewskiej zapisy testamentu przedstawionego przez Mirosława K. zostały spreparowane na podstawie jej autentycznego podpisu z maja 1922 roku. Testament został więc sporządzony ręką osoby młodej. Zapisy drugiego testamentu z 1979 roku są w sposób ewidentny dokonane ręką osoby w podeszłym wieku. Dowiodło tego porównanie z autentycznymi próbkami pisma Florentyny Krzeszewskiej. Mimo tego sąd zlecił powtórną ekspertyzę, tym razem obu testamentów. Mirosław K. wielokrotnie przekonywał sąd o swoich licznych i zażyłych kontaktach z testatorką. Innego zdania była mieszkająca ze zmarłą bratanica, która nie znała oskarżonego i nigdy go nie widziała. Nieścisłości w zeznaniach było znacznie więcej. Nowi właściciele od razu po przejęciu kamienic przystąpili do administrowania nimi, mieszkańcy mówią o ich arogancji. Na spotkania lokatorów z nowymi właścicielami nie są zapraszani członkowie wspólnoty mieszkaniowej - to ci, którzy wykupili lokale na własność. Mieszkańcy otrzymali nowe umowy - część pochopnie je podpisała, wraz z nowymi umowami pojawiły się podwyżki czynszów. Właśnie m.in. w związku ze znaczącymi podwyżkami - powyżej 100 proc. - mieszkańcy zorganizowali konferencję prasową, na którą zaprosili przedstawicieli ogólnopolskich i lokalnych mediów. W prasie i radiu pojawiły się publikacje, wokół sprawy zrobiło się głośno. Relacjonowaliśmy Czytelnikom bardzo dokładnie jej przebieg. Mieliśmy nadzieję, że 7 lutego w V Wydziale Karnym Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy zapadnie wyrok. Tak się nie stało. Dwa testamenty zostały poddane bardzo szczegółowym ekspertyzom wykonywanym przez różne podmioty. Podjęto nawet próbę zbadania w jakim czasie powstawały. Jak się okazało nie jest możliwe określenie cezury czasowej w przypadku dokumentów o żywocie dłuższym niż sześć miesięcy. Zabrakło ekspertyzy grafologa, będzie gotowa 15 lutego. Obrońca oskarżonego wnioskował o przesłuchanie kolejnych dwóch świadków, którzy mają potwierdzić zażyłe relacje Mirosława K. z testatorką, wnioskował również o wyłączenie jawności rozprawy, powołując się na kampanię medialną, która może mieć wpływ na stopień obiektywizmu sądu. Obrońca sugerował ponadto, że oskarżony i jego żona nie mają doświadczenia w kontaktach z mediami. W przerwie ogłoszonej przez sąd bardzo licznie zgromadzeni na rozprawie mieszkańcy Tykocińskiej 30 i 40 niepokoili się szczególnie możliwością wyłączenia jawności postępowania. Decyzję sądu, że brak doświadczenia w kontaktach z mediami nie może być przesłanką do wyłączenia jawności rozprawy, mieszkańcy Tykocińskiej przyjęli gromkimi brawami. Sędzia dość ostro uspokajała salę. Na następne posiedzenie sądu w tej sprawie przyjdzie nam poczekać do 14 marca. Mamy nadzieję, że tego dnia zapadnie sprawiedliwy wyrok. Po raz kolejny obrońca Mirosława K. skorzystał z możliwości odsunięcia w czasie zapadnięcia wyroku w sprawie sfałszowanego testamentu Florentyny Krzeszewskiej, ciotki oskarżonego. Przypominamy, że Mirosław K. w wyniku oszustwa wszedł w posiadanie dwóch kamienic przy Tykocińskiej 30 i 40. Tym razem obrońca postanowił powołać na świadka biegłego, który w swej ekspertyzie z lutego 2005 jednoznacznie stwierdził, że testament zmarłej, w którym zapisała owe kamienice na rzecz instytucji kościelnych jest dokumentem autentycznym. Testament był w posiadaniu Jolanty Kisielewskiej, bratanicy Florentyny Krzeszewskiej, wykonawczyni woli zmarłej. Następna rozprawa odbędzie się 19 kwietnia, ale powróćmy do przebiegu ostatniego posiedzenia sądu. Znów bardzo licznie stawili się mieszkańcy Tykocińskiej, na tyle licznie, iż trzeba było zmienić salę, sporo było przedstawicieli mediów. Zeznawali dwaj świadkowie obrony, których zadaniem było potwierdzenie zażyłych kontaktów oskarżonego z ciotką i wujem. Pierwszy ze świadków poświadczył, że małżeństwo Krzeszewskich (na marginesie - świadek często mylnie podawał nazwisko oskarżonego) odwiedzało ojca Mirosława K. przy okazji świąt - Bożego Narodzenia, Wielkanocy, czasem Zielonych Świąt czy też odpustów w parafii. Zapytany przez sąd, skąd wiedział, że to wuj oskarżonego oznajmił, że mówiono o nim wuj z Warszawy, imienia nie pamięta (mąż Florentyny miał na imię Roch), zaś toasty wykonywano za Krzeszewskich. Był biednym chłopcem ze wsi, mieszkał 50 metrów od domu rodziców oskarżonego i przychodził doń na chłopięce zabawy. Od wuja Krzeszewskiego otrzymywał podarunki, dlatego dobrze zapamiętał wysokiego pana z wąsem, o Florentynie Krzeszewskiej, jego żonie nie mógł powiedzieć nic poza tym, że była niska i drobna. Oznajmił, że wizyty Krzeszewskich rozpoczęły się w 1945-46 zaś ustały w roku 1950. Zapytany przez sąd czy pamięta inne wizyty, znajomych czy krewnych rodziców oskarżonego, odpowiedział, że nie przypomina sobie. Sąd weryfikował pamięć zeznającego pytając o daty śmierci jego rodziców. Przypomnienie sobie owych dat zajęło świadkowi dłuższą chwilę. Sąd zapytał jak to jest możliwe, że trudność sprawiło świadkowi odtworzenie w pamięci dat śmierci rodziców, zaś dokładnie pamięta, że wizyty Florentyny i Rocha Krzeszewskich ustały w 1950 roku. Wówczas świadek zaczął kluczyć i przyznał, że mógł to być rok 1950, 51 lub 52. Następny świadek obrony potwierdził, że jego ojciec i ojciec oskarżonego Mirosława K. służyli razem w wojsku, w Warszawie, w latach 1928-30 i w czasie przepustek byli częstymi gośćmi wuja oskarżonego. Fakty te są mu znane z opowieści ojca. Stwierdził, iż wydaje mu się, że wuj oskarżonego miał na imię Florian. Jolanta Kisielewska, bratanica testatorki, świadek oskarżenia została poproszona o potwierdzenie autentyczności notesu Florentyny Krzeszewskiej, który stanowił materiał porównawczy dla biegłego. Na podstawie notesu testatorki stwierdzono, że testament przekazujący jej dobra instytucjom kościelnym jest prawdziwy. Jolanta Kisielewska przyznała, że jest to notes z lat 60., który jest jej dobrze znany, z którego ciotka stale korzystała. Zdecydowana większość zapisów została w nim dokonana ręką Florentyny Krzeszewskiej. Jolanta Kisielewska weszła w posiadanie wszystkich dokumentów po ciotce podczas likwidacji jej mieszkania, wówczas również odnalazła testament ciotki. Na początku lat 90. - jako wykonawczyni ostatniej woli zmarłej - skontaktowała się z prawnikami Episkopatu Polski i z ekonomem Kurii w sprawie przekazania nieruchomości po ciotce (przy Hożej i Wspólnej, z wyłączeniem Tykocińskiej) na rzecz instytucji kościelnych. W odpowiedzi usłyszała, że ze względu na brak zaawansowania procesów reprywatyzacyjnych trzeba czekać. Elżbieta Gutowska
|