Znów kryzys

Parę dni temu obiegła Warszawę wieść, że Andrzej Koronkiewicz, dyrektor Szpitala Praskiego, podał się do dymisji. Spekulacji było co nie miara. Byli tacy, co mówili, że go do tego zmuszono, byli tacy, którzy zapewniali, że po prostu miał dość. Prawda – jak wszystko na to wskazuje, leży pośrodku.

Przypomnijmy. Andrzej Koronkiewicz, lekarz o kilku specjalizacjach, półtora roku temu przyjął propozycję kierowania szpitalem po triumfalnym i bezkarnym odejściu na emeryturę eks-dyrektor Barbary Dzierżanowskiej. O jej wcześniejszych działaniach pisaliśmy w kilku artykułach pod wspólnym tytułem „Po mnie choćby potop”. Osoby, które chciałyby się z nim zapoznać, odsyłam do archiwum na naszej stronie internetowej.

Dzierżanowska konsekwentnie zadłużała szpital. Przykładów można przytoczyć wiele, ale jednym z takich działań było zlikwidowanie własnego laboratorium i w ramach modnego obecnie outsourcingu przekazanie wykonywania wszystkich (nawet podstawowych) badań prywatnej firmie z ul. Dzikiej. Nie tylko pociągnęło to za sobą astronomiczne koszty (outsourcing jest rzeczywiście metodą szeroko stosowaną w innych krajach Unii, ale... bogatych!), ale badania wykonywane były po prostu źle; ich wyniki były na tyle mało wiarygodne, że, jak powiedział mi jeden z ordynatorów, pacjent albo już nie powinien żyć, albo nie miał podstaw do pobytu w szpitalu. Jednakowoż umowa została tak sformułowana, że trudno ją było rozwiązać. W miejscu własnego laboratorium Dzierżanowska wydzierżawiła innej prywatnej firmie pomieszczenia pod stację dializ. W ten prosty sposób szpital stracił regularne wpłaty ok. 300 tys. zł miesięcznie, które Narodowy Fundusz płacił za dializowanych pacjentów... Znanym jej „zaniedbaniem” było niepobieranie czynszu za budynek samodzielnego ZOZ okulistycznego: bagatela – ok. 2 mln zł zaległości.

Ktoś może mi zarzucić, że to historia. Ale jeśli sympatie i antypatie zacierają się w czasie, to tam, gdzie chodzi o pieniądze, i to nie własne, sprawy mają zawsze ciąg dalszy. I tak się stało w tym przypadku.

Koronkiewicz przejął szpital zadłużony do granic wytrzymałości. O pieniądze dopominali się wszyscy. Pracownicy, którzy nie otrzymali pieniędzy ze słynnej już ustawy 203, dostawcy leków i środków opatrunkowych, SPEC i inne firmy miejskie. Sytuację szpitala potraktował jako wyzwanie. Zaczął od rozmów z ludźmi, co poprzednio dotyczyło tylko wąskiej grupy wybrańców. Każdy swój ruch konsultował i powiadamiał o nim.

Po paru miesiącach rozwiązał umowę z owym prywatnym laboratorium, wydobył z Biura Polityki Zdrowotnej niebagatelną kwotę 5 mln zł na odtworzenie własnego laboratorium. Cały czas przekonywał tych, którzy decydują o losie szpitala tzw. miejskiego, jakim jest Praski, że musi on istnieć. Rzecz nie tylko w 200-letniej jego historii, ale w położeniu niezwykle strategicznym dla pacjentów, w doświadczeniu ludzi tu pracujących, którego nie wolno zaprzepaścić, w wieloprofilowości szpitala i wreszcie – w równym traktowaniu mieszkańców prawej i lewej strony Wisły.

Wydawało się, że zaczął osiągać sukces. Powstała długo oczekiwana centralna tlenownia, zakład unieszkodliwiania odpadów szpitalnych, zaczęły nabierać kształtów plany remontów i rozbudowy. Udało się kupić część nowej aparatury. Prezydent Kaczyński głośno się nawet wypowiadał na temat konieczności dalszych prac modernizacyjnych. Co prawda, komornik wciąż czyhał na konto szpitalne, ale pojawiła się nadzieja.

Paręnaście dni temu Warszawę obiegła informacja o ciężko chorym pacjencie, dla którego trzeba było zdobyć kosztowny lek. Zdobyto, pacjent żyje. Zaraz potem jednak dyrektor dostał pismo z Biura Polityki Zdrowotnej pozornie tylko przypominające o wielkim zadłużeniu... tak, jak gdyby dyrektor o tym nie wiedział. Trzeba tu dodać, że te długi zwiększały się w postępie geometrycznym m.in. dlatego, że wielu pacjentów wybierało właśnie ten szpital. Powstawało błędne koło: oddziały przyjmowały i leczyły więcej pacjentów, niż przewidywał kontrakt z Narodowym Funduszem. Fundusz nie chciał za nich płacić. Długi rosły. Byłyby dużo mniejsze, gdyby nie było tych, które starannie wypracowała przez ponad 10 lat swoich rządów poprzednia dyrektorka.

NGP dotarła do korespondencji, jaką wymieniał dyr. Koronkiewicz z Biurem Polityki Zdrowotnej i która - być może -miała bezpośredni wpływ na jego odejście. Oto fragmenty pisma z Biura Polityki Zdrowotnej, datowanego 20 października: Procedura pomocy publicznej, czy to ze strony miasta, czy z budżetu państwa, warunkowana będzie rozpoczęciem procesu restrukturyzacji zakładu. (...) Tymczasem do Biura Polityki Zdrowotnej nie docierają sygnały o podejmowanych przez Pana działaniach, mających na celu przywrócenie równowagi finansowej szpitala. Analiza miesięcznych sprawozdań z działalności szpitala wskazuje np. na wzrost zatrudnienia o 28,5 etatu (...) co w sposób oczywisty wpłynęło na wzrost kosztów zakładu. W sprawozdaniu figurują również wymagalne należności, m.in. z tytułu wynajmu powierzchni. Organ założycielski (czyli miasto – przyp. red.) nie został poinformowany o podjętych w szpitalu działaniach mających na celu ograniczenie kosztów. Ponadto do chwili obecnej nie sporządzono zbilansowanego planu finansowego szpitala, a “Program naprawczy” nie zawiera konstruktywnych wniosków, mających na celu odzyskanie płynności finansowej i zrównoważenie kosztów z przychodami w następnych latach.

25 października A. Koronkiewicz odpisał przypominając m.in., że w okresie od czerwca 2003 do października 2004 w sprawie trudnej i pogarszającej się sytuacji szpitala przesłałem do Biura Polityki Zdrowotnej 172 pisma, nie otrzymałem odpowiedzi prawie na wszystkie, z wyjątkiem ww., które prawdopodobnie należy traktować jako “zbiorczą odpowiedź” (...) działania Biura Polityki Zdrowotnej, podobnie jak swoje, oceniam jedynie w kategoriach efektów, a nie intencji, i tak: do chwili obecnej nie zrestrukturyzowano wierzytelności SPZOZ wobec spółek miejskich (SPEC, MPWiK – przyp. red.)(...), przywrócenie równowagi finansowej w Szpitalu Praskim, przy wielkości zobowiązań 29,3 mln zł w okresie sprawowania przeze mnie funkcji dyrektora było absolutnie nierealne, w dodatku w tym czasie szpital poniósł określone skutki “programów naprawczych” akceptowanych przez Starostwo Powiatu i Biuro Polityki Zdrowotnej, w tym: likwidacje stacji dializ przewlekłych, likwidacje laboratorium diagnostycznego, planowana likwidację oddziału ginekologiczno-położniczego, a w konsekwencji noworodkowego. Te akceptowane działania w efekcie w 2003 i 2004 r. obniżyły dochody szpitala z powodu przejęcia stacji dializ przewlekłych przez Euromedic o ok. 200-300 tys. zł miesięcznie, doprowadziły do (...) konieczności zorganizowania w ciągu ok. 1 mies. własnego laboratorium, czyli zatrudnienia personelu i zakupu sprzętu, po decyzji Rady Warszawy, zabraniającej zamknięcia oddziału ginekologii, położnictwa i noworodków (..) spowodowały u nas nadwykonanie na ok. 1,5 mln zł (których nie chce zapłacić NFZ) (...) Moim zdaniem, “program naprawczy” to nie zbiór genialnych pomysłów, tylko wynik uzgodnionych z Biurem Polityki Zdrowotnej zakresów koniecznych do realizacji zadań, takich np. jak organizacja OLAZA(oddział leczenia alkoholowych zespołów abstynencyjnych) czy utworzenie Przychodni dla Kombatantów, choć ta ostatnia powiększa straty szpitala, o czym wszyscy wiedzieli od początku. (...) Wykazany w analizie zatrudnienia przyrost o 28,25 etatów oczywiście powiększył koszty, ale chyba zapomniano, że trzeba było zatrudnić personel do zorganizowanego na nowo laboratorium diagnostycznego, OLAZA, uzupełnić kadrę oddziałów ginekologii, położnictwa i noworodków oraz oddziału intensywnej terapii i bloków operacyjnych (...) Wymagalne należności szpitala to przede wszystkim wystawione i niezapłacone faktury za korzystanie z pomieszczeń przez Samodzielny Kliniczny Szpital Okulistyczny i Bank Tkanek Oka i (...) należności z tytułu ustawy 203.

Niemal 3-stronicowe (w drobnej tylko części cytowane) pismo dyrektora jest pełne konkretów. Najwyraźniej jednak ta wymiana korespondencji była ostatnia kroplą, która wyczerpała jego cierpliwość. Podał się do dymisji, która – o dziwo – została przyjęta.

W szpitalu spekulowano, że Andrzeja Koronkiewicza zmuszono do odejścia. Tak chyba nie jest. Podobno teraz pracuje w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych. Szkoda. Gdy parę miesięcy temu, gdy dotarła do mnie wiadomość, że proponują mu eksponowane stanowisko w ministerstwie zapytałam o to, powiedział : - Nie mam zamiaru odejść. Chcę uporządkować sprawy w szpitalu. Najwyraźniej po prostu miał dość. I trudno się dziwić. Tylko pytanie: co dalej? Czy znajdzie się ktoś, kto będzie znów chciał walczyć, czy po prostu wyprzeda, co się da i odejdzie na emeryturę?

Ewa Tucholska
11842